
Dziś zrobimy sobie Dzień Matki i Niematki. 26 maja to dobra okazja, by przyjrzeć się rzeczywistości firmowej. W tym kontekście mówi się zwykle o urlopach macierzyńskich i wychowawczych, niskiej aktywności zawodowej matek, ich dyskryminacji na rynku pracy. A ja – jak to ja – napiszę o niematkach (kiedyś o tym pisałam, ale w lżejszym tonie). Czytajcie, komentujcie, a przy okazji zaglądajcie do Bezdzietnikowego Sklepiku (link w zakładce na górze). Zaczynamy…
Znacie ten dowcip? Skąd wiadomo, że kobieta jest matką? Sama wam o tym powie…
To żart prawniczy i dotyczy studentów prawa, ale w przypadku mam sprawdza się niemal stuprocentowo. Prawie każda matka – w rozmowie prywatnej albo służbowej – w końcu nawiąże do swojego macierzyńskiego doświadczenia. I oczywiście nie ma w tym nic złego. Macierzyństwo to dla wielu kobiet ważny i mocny element tożsamości. Przenika wszystkie sfery życia – od fizjologicznej po zawodową.
Status prywatny i zawodowy – „matka”
Mam wrażenie, że zwłaszcza w tej ostatniej sferze zrobiło się dziś bardzo rodzicielsko. Status „matka” pojawia się w opisie wielu profesjonalnych kont na Instagramie, kobiety podkreślają go podczas prezentowania swoich umiejętności i doświadczeń zawodowych. Raczej nie na rozmowach kwalifikacyjnych (z wiadomych względów), ale już w trakcie pracy – owszem. Powołują się na niego prelegentki, wykładowczynie, trenerki czy dziennikarki. Dzięki temu matki są widoczne w sferze publicznej, a macierzyństwo traktowane jest coraz częściej nie jako obciążenie, ale jako dodatkowa kompetencja. I to dla mam z pewnością jest dobra wiadomość.
Inna sprawa, że to macierzyńskie dowartościowanie odbywa się niekiedy cudzym kosztem. Kosztem bezdzietnych. Od lat w mniej lub bardziej poważnych publikacjach powielana jest teza, że matki to najlepsze pracownice. Są „wielozadaniowe, potrafią szybko ustalać priorytety i elastycznie dostosowywać się do sytuacji, przy dziecku wyrabiają sobie odporność na stres i mają wysoką motywację do pracy”. Potwierdzają to ponoć badania.
Rozumiem intencje przyświecające takiej kampanii promocyjnej. Sytuacja matek w pracy nigdy nie była łatwa, a niekiedy wiało z niej – i pewnie gdzieniegdzie ciągle wieje – grozą. Pracodawcy bywają uprzedzeni do matek i słusznie próbuje się tym uprzedzeniom dać odpór. Jednak odbijanie się od bezdzietnych, by trochę wyżej podskoczyć w pracowniczych rankingach jest słabe. W końcu odporność na stres, wielozadaniowość czy decyzyjność można trenować nie tylko na dzieciach. Podobnie rzecz ma się z wysoką motywacją do pracy – macierzyństwo nie jest jej jedynym źródłem. Gdyby te badania potraktować poważnie, należałoby wszystkim matkom z automatu przyznawać premie za zaangażowanie i wydajność.
Niestety, ta promacierzyńska narracja pada na podatny grunt, podsyca bowiem stereotypy związane z bezdzietnością. Wszyscy wiedzą przecież, że bezdzietni są leniwi, nieodpowiedzialni, lekkomyślni i nieuspołecznieni. Przypnijmy im więc jeszcze kilka pokrewnych łatek, np. kiepsko zmotywowanych, podatnych na stres nieogarów. I tak w robocie mają fory. Wszyscy pracodawcy chcą ich zatrudniać i już na starcie dają im kredyt zaufania, bo nie znikają nagle z pracy i żaden bąbelek nie przesłania im ambitnych firmowych celów… Tak wygląda wartościowanie ludzi w stereotypowy i binarny sposób – są lepsi i gorsi, dobrzy i źli.
Matki i niematki w firmach
A przecież można inaczej! Zanim jednak zdradzę swoje pomysły na walkę z (nie)rodzicielskimi uprzedzeniami, chciałabym zauważyć jedną rzecz. Rodzicielstwo w firmach przestało być sprawą prywatną. Choć na rozmowach kwalifikacyjnych nie można pytać kandydatów o sytuację rodzinną, po zatrudnieniu staje się ona przedmiotem polityki firmowej. Większość pracodawców oferuje jakieś rodzicielskie benefity, mamy firmy przyjazne mamom i tatom na etacie, nasz status rodzinny jest brany pod uwagę podczas planowania urlopów, dyżurów czy delegacji. Dlatego – czy tego chcemy, czy nie – również nasza bezdzietność staje się sprawą firmową, nawet jeżeli nie lubimy w pracy o niej mówić.
A mówić raczej nie lubimy. I nic dziwnego! Rozprawianie o tym, że się nie ma lub nie chce mieć dzieci, budzi zróżnicowane emocje. Może nie tak negatywne jak jeszcze kilkanaście lat temu, ale często pojawia się zdumienie, rezerwa czy niedowierzanie. Dlatego w publicznych prezentacjach kobiety rzadko zdradzają swój status „niematki”. Wciąż drzemie w nas obawa, że jak tylko wyskoczymy z tą swoją bezdzietnością, natychmiast będziemy musiały się z niej tłumaczyć. Posypią się pytania i dobrotliwe pouczenia, będące w rzeczywistości atakiem na nasze emocje. A dlaczego? A czy ci nie żal? A kto cię będzie kochał na starość? Mamy po dziurki w nosie tej „dobrotliwości”. Pamiętajmy też, że bezdzietność bywa niewybrana i nieakceptowana. W takich sytuacjach konieczność wystawienia jej na widok publiczny rani.
Jednak te wszystkie niuanse umykają pracodawcom i specom od zasobów ludzkich. Firmy, które od lat z uwagą pochylają się nad rodzicielstwem, a potrzeby matek i ojców na etacie mają w maleńkim, HR-owym paluszku, bezdzietność traktują zwykle jak przezroczystą normę lub wręcz uprzywilejowanie. Dostrzegają ją tylko wtedy, gdy trzeba policzyć premie (większe dla rodziców), wyznaczyć miejsca parkingowe (lepsze dla rodziców), zorganizować firmowe mikołajki (dla dzieci i rodziców), dopłacić do wczasów pod gruszą (rodzicom)… W tym kontekście „uprzywilejowanie bezdzietnych” nabiera nowego, zaskakującego znaczenia.
Dzieje się tak między innymi dlatego, że rodzice mówią o swoim rodzicielstwie. O swoich potrzebach, zasobach i supermocach. Nadają swojemu indywidualnemu wyborowi społeczny wymiar. Bezdzietność z kolei od zawsze uchodziła za rzecz społecznie bezwartościową, nieco wstydliwą, a przede wszystkim całkowicie prywatną. A przecież – jak pokazałam wyżej – prywatna nie jest. Jest rozgrywana publicznie, niejako za plecami bezdzietnych.
Nie ma różnorodności bez niedzietności
Czas zatem przejąć narrację! Czas zacząć mówić o bezdzietnych potrzebach, zasobach i supermocach. Nie znaczy to oczywiście, że mamy grawerować sobie na wizytówkach status „niematka”, zwłaszcza że brak potomstwa nie dla każdej bezdzietnicy jest życiowo i tożsamościowo ważny. Warto jednak upominać się u pracodawców o bardziej refleksyjny stosunek do bezdzietnych pracowników i większą równość w traktowaniu rodziców oraz nierodziców.
Można dbać o to, by firma była przyjazna rodzicom, nie lekceważąc przy tym bezdzietnych. Można doceniać matczyne kompetencje, nie dyskredytując przy tym niematek. Bez dzieci nie jesteśmy ani lepszymi, ani gorszymi pracownicami, po prostu z innych źródeł czerpiemy swoje supermoce. Zasoby, jakimi dysponują matki i niematki – czas, doświadczenie, elastyczność, mobilność, wielozadaniowość – w zawodowych sytuacjach mogą się doskonale uzupełniać. I mądry pracodawca będzie z tego wspólnego superzasobu umiejętnie czerpał. Niemądry będzie dyskryminował jedną albo drugą grupę, kierując się uprzedzeniami czy stereotypami.
Ta postulowana wyżej zmiana narracji i wychodzenie naprzeciw bezdzietnym pracownikom na szczęście już się dzieje. W wielu miejscach – na LinkedInie, w prasie popularnej i branżowej – można natknąć się na postulaty bardziej sprawiedliwego traktowania nierodziców.
Również Bezdzietnik nie lekceważy tego wyzwania. Wprost przeciwnie! Wraz z Fundacją Sexed.pl przygotowałam webinaria, które mają pomóc pracodawcom dostrzec i zrozumieć potrzeby osób niedzietnych. Oferujemy też warsztaty, na których rodzice i nierodzice mogą podzielić się doświadczeniami i opowiedzieć o swoich odmiennych perspektywach. W mieszanym, rodzicielsko-nierodzicielskim gronie będziemy zastanawiać się, jak te różnice twórczo i efektywnie wykorzystywać i jak unikać spięć na linii matki-niematki. Pojawiają się już pierwsi chętni, a to znak, że kolejna ważna zmiana społeczna już puka do naszych drzwi.
Trzymajcie za nią kciuki i dbajcie o siebie – również w miejscu pracy!

99 komentarzy
Tak tak, pamiętam z czasów poprzedniej szefowej te mądrości, że matki są najlepszymi pracownikami, że trzeba wspierać młode matki i że kobiety powinny mieć dzieci. Nie zgadzałam się z tym i teraz, po 6 latach ciągłej pracy bez zwolnień i urlopow związanych z macierzyństwem, tym bardziej się nie zgadzam. Prądownica, która idzie na L4 na samym początku ciąży, potem przebywa na urlopach ponad 2 lata, żeby wrócić na pracę zdalną, na ograniczonym etacie, która ciągle bierze urlop na dziecko bo zawsze ma problem z opieka nad nim, nie jest lepszym pracownikiem ode mnie.
Ania G, napisałaś kwintesencję tego, co sama myślę.
Bardzo słaby ten tekst. Infamtylne argumenty: Bo ja chcę. A właściwie to żadnych argumentów poza tym, że bezdzietni CHCĄ. Rodzice mają wszystkie problemy bezdzietnych oraz DODATKOWO odpowiedzialność za dzieci. Stąd sytuacje priorytetowe. I nie, bezdzietni nie są lepszymi pracownikami. To akurat zależy od człowieka, a nie od posiadania dzieci lub ich braku. Dzieci w przyszłości bedą opiekowały się bezdzietnymi. A te dzieci, ktoś wychował, poświęcając im swój CZAS oraz inwestując w nie. Paczki na święta są tak ogromną solą w oku? Bezdzietni mają zarobione pieniądze dla siebie, bo tak wybrali. To te drobne „przywileje”, aż tak Was zubażają? Bezdzietność to Wasz wybór. Skoro rodzice są tak uprzywilejowani w pracy, jak płaczecie ( Nie miałam żadnych przywilejów w swojej pracy. To moje bezdzietne koleżanki były wiecznie zmęczone i musiały odpoczywać po pracy!), to prosze zdecydować się na dziecko, a będzie ta moc przywilejów.. Ten artykuł jest tak pusty ja dzwon Zygmunta. Rozpętujecie, jakąś pseudowojenkę, tworzycie pseudproblemy. A to Was pytają o dzieci i drama! A to Was nie pytają! I też źle. A to Wam paczek na święta nie dają! I zaś drama. A to pracujecie tyle, jak nikt inny! No medal z ziemniaka dla Was! A to urlop nie wtedy! No prześladowania jakieś cierpicie! Dziecinada i egocentryzm. Nikt na Was nie skupia swojej uwagi, ani Was nie prześladuję! Nikogo nie obchodą bezdzietnicy. Żyjcie sobie , jak chcecie, ktoś Wam broni? Rodzice to wiedzą i się pobłażliwie uśmiechają,….
No cóż, mogłabym napisać „bardzo słaba odpowiedź. Infantylna i nacechowana emocjami”, a gdy emocje biorą górę, znika sedno sprawy. Nigdzie nie napisałam, że postuluję dla bezdzietnych „moc przywilejów”. Nie uzasadniałam tego postulatu tym, że „chcę”. To pani nadinterpretacja mojego tekstu. Zobaczyła w nim Pani to, co chciała zobaczyć. Ja jedynie zwróciłam uwagę na to, że w politykach firmowych przydałaby się szersza perspektywa. Rodzice to nie jedyna grupa, która boryka się z życiowymi problemami i warto to dostrzec. Zresztą, dostrzegł to nawet ustawodawca, przyznając każdemu pracownikowi 5 dni urlopu opiekuńczego (czyli nie tylko na dzieci, ale i na innych członków rodziny) – ta zmiana weszła w życie w tym roku, 26 kwietnia. I to jest kierunek, o który mi chodzi. A nie o „moc przywilejów”. Równe traktowanie to żaden przywilej.
Infantylna jesteś ty. Powinno powstać instytucja prawna ochrony bezdzietnych. Tekst jest nadmiernie łagodny. Niektóre matki w pracy kradną, oszukują i wykorzystują. Siebie wzajemnie również. Więc to nie bycie matką jest problemem. Te roszczeniowe matki są bezczelne i wymuszają przywileje zdobywając je przemocą psychiczną ze względu na większościową przewagę. Automatycznie zyskują je dla wszystkich matek. Bezdzietni są krzywdzeni w pierwszej kolejności, bo w pracy celowo szuka się ich by masakrować i upadlać. Stąd są obgadywani i wskazywani palcem. Widzielibyście panikę wśród matek gdy okazuje się, że nie ma na kogo zrzucić pracy, bo wszystkie są matkami. Ale uwierzcie mi, gdyby w danym środowisku bezdzietnych nie było te bardziej roszczeniowe matki rzucą się na te słabsze. Pracodawca pozwala na mobbing bezdzietnych, bo mu tak wygodnie. Prawo, państwo tworzy wokół matek sztuczną bańkę więc on nie chce tracić i krzywdzi najgorzej usytuowanych. Czyli bezdzietnych. Nikt nie staje w ich obronie. Ale to nie tylko bezdzietność. Z reguły dodatkowe czynniki. Np. bieda, itd.
To prawda, że dzieci lub ich brak nie wpływają na jakość pracy.
Natomiast
– Każdy ma prawo czuć się zmęczony po pracy. Za równo osoba dzietna jak i bezdzietna. Pretensje do koleżanek bez dzieci, że były zmęczone po pracy są niedorzeczne. Pani z pewnością też była zmęczona po pracy, jednak fakt, że ma Pani dziecko nie daje Pani prawa do odmawiania innym prawa do odpoczynku po pracy i wyrażania pretensji, że ktoś bez dziecka jest zmęczony.
-Pani dziecko jest priorytetowe dla Pani, jednak nie ma żadnego powodu, dla którego miałoby być równie ważne dla innej osoby z pracy. To czy taka osoba zechce tak traktować cudzą rodzinę zależy od jej możliwości w danej chwili. Osoba bez dziecka też może mieć różne problemy i sytuacje życiowe, które są dla niej ważniejsze od Pani dziecka. Tak to już jest w życiu, że cudza rodzina nie musi być niczyją sprawą.
– O ile takie dziecko wybierze zawód opiekuńczy jak np pielęgniarka/pielęgniarz albo opiekun w domu spokojnej starości, to owszem będzie się mną opiekować bo mu za to ZAPŁACĘ na tym polega praca.
– Na różne benefity w pracy często zrzucają się wszyscy pracownicy (zależy od firmy oczywiście) nie jest na miejscu żeby tylko jedna grupa korzystała z pieniędzy wszystkich. Takie środki należy rozplanować według ustalonych ze wszystkimi zasad, a najlepiej tak, żeby każda osoba dorzucająca się do funduszu miała dodatki. Jeśli zaś finansuje to pracodawca, pomijanie niektórych pracowników w dodatkach świątecznych – które nie są premią za pracę – jest formą dyskryminacji. Bo sytuacja rodzinna nie może być usprawiedliwieniem dla braku benefitow. Nikt przy tym nie twierdzi, że należy dzietnym odebrać paczki na święta. Należy pamiętać o wszystkich swoich pracownikach przy okazji świąt.
– mamy ustawowe prawo wziąć urlop wtedy gdy nam pasuje. Każdy pracownik ma takie prawo. Czasem trzeba się dogadać z zespołem, naturalnie. Ale nikt nie ma obowiązku dopasowywać swoich życiowych planów do życia obcych ludzi. Egocentryzmem jest raczej oczekiwanie, że wszyscy będą dopasowywać się do moich planów dlatego, że mam dziecko. Poza dziećmi ludzie mają też choroby przewlekłe, niedołężnych rodziców itd. Każdy ma potrzeby i są one równorzędne. Oczekiwanie, że ktoś będzie umniejszał swoim potrzebom ponieważ jakaś osoba w jego pracy ma dziecko jest niestosowne. Można zawsze uprzejmie zapytać, a nóż ktoś się zgodzi przesunąć urlop, albo zastąpić albo weźmie nadgodziny itd., ale trzeba się liczyć z tym, że odpowie „Nie, nie mogę” ma do tego święte prawo.
Jeśli nie podoba się Pani to co jest publikowane na stronie społeczności osób bezdzietnych nie ma Pani obowiązku tego czytać
Wydaje mi się, że nie zrozumiałaś przeczytanego tekstu. Ogólnie chodzi o to, żeby nie dzielić ludzi na mających dzieci i tych niemających. Moje zdanie jest takie, że każdy powinien żyć tak, jak chce i nie narzucać swoich poglądów innym. Bezdzietni nie chcą żadnych profitów. Nie chcą po prostu słyszeć pytań pt. Czemu nie masz dzieci? To jest każdego osobista sprawa bez względu na to, jaki jest powód nieposiadania dzieci. Człowiek kulturalny i na poziomie takiego pytania nie zada. Druga ważna kwestia jest taka, że w pracy każdy powinien być równy. Pracownik powinien być rozliczany z wykonanej pracy. Kwestia posiadania dzieci nie ma tu znaczenia. A uogólnianie i rozprawianie na temat kompetencji człowieka, które niby uzależnione są od tego, czy ktoś ma dzieci, czy nie są co najmniej dziwne i absurdalne. Żyjmy swoim życiem i pozwólmy innym żyć swoim a świat będzie piękniejszy.
@JUSTYNA 12 najwyraźniej zabolał Cię postulat o równym traktowaniu, bo ton twojej wypowiedzi to jakiś wylew histerii.
Cały Twój komentarz jest bardzo nieprzyjemny i chyba nie zrozumiałaś tematu, ale odniosę się do jednego. „Bezdzietność to Wasz wybór.” – no nie. Edyta akurat pisze o bezdzietności z wyboru,ale i w tym „słabym” tekście podkreśla, że bezdzietnicy nie zawsze są nimi z wyboru. Tak, są osoby które z różnych względów nie mogą mieć dzieci. Im też powiesz „prosze zdecydować się na dziecko, a będzie ta moc przywilejów”? Wypowiadasz się w typowy sposób, twierdzisz że bezdzietne koleżanki nie mogą wiedzieć, co to znaczy prawdziwe zmęczenie itd. Jesteś taka umęczona? Macierzyństwo to przecież był Twój wybór (bo nawet jeśli wpadka, to są inne możliwości). Starasz się na siłę udowodnić, że nie ma żadnej asymetrii, Ty jesteś oświecona a my tacy ślepi. Czy te dzieci w przyszłości w przyszłości faktycznie będą się nami opiekować? Widzę dookoła co się dzieje, jaki przykład dzieci biorą od rodziców – bejeficjentów socjali wszelakich i wątpię, że pójdą do pracy. A jest też masa innych opcji- może wyjadą za granicę, pójdą do więzienia albo ulegną wypadkowi i będą wymagać dożywotniej opieki.
To, że dzieci będą się opiekowały bezdzietnymi, to wytwór Twojej wyobraźni nie mający nic wspólnego z rzeczywistością. Jak to niby przewidziałaś? Masz tajemną moc wróżenia z fusów? Póki co jedno jest pewne: bezdzietni utrzymują Twoje dzieci czy tego chcą czy nie i temu nie zaprzeczysz. Więc, tak: skoro oni teraz łożą na małego człowieka, to mają pełne prawo oczekiwać REWANŻU. Ten, akurat, nie jest taki pewny. Dziecko może: umrzeć, urodzić się chore i niezdolne do pracy, wyjechać za granicę i mieć w czterech literach zarówno Ciebie jak i ten kraj, pracować na czarno, stoczyć się na dno i być ciężarem dla reszty społeczeństwa. Bezdzietni w zdecydowanej większości za opiekę będą płacić, więc nie rozumiem tego fermentu. W przeciwieństwie do pokaźnego grona roszczeniowych rodziców, którzy wydają potomstwo na świat tylko po to aby „zapewnić” sobie darmową opiekę na starość.
I tak: osobiście mam problem z paczkami i innymi duperelami, zwłaszcza gdy pracodawca deklaruje, że nie ma budżetu na podwyżki bądź premie za wyniki.
Nie mówiąc już o tym, że rodzenie dziecka, żeby mną się zajmowałoby na starość to jest naprawdę słaby powód do posiadania dzieci. Taki nawet skrajnie egocentryczny
Dokładnie tak. Niestety wielu rodziców nadal święcie wierzy w ten argument „nie do podważenia”. Przecież my jako ludzie nie tylko odczuwamy ale i odbieramy emocje. Współczuję każdemu dziecku, które podskórnie czuje, że zostało sprowadzone na świat z góry narzuconym planem: spełnić społeczny „obowiązek” opieki nad szarą masą starców. Oraz nad „kochającymi” rodzicami. Do tego dochodzą inne: przejąć biznes (rodziców), sprawiać radość (rodzicom), nadawać sens życiu (rodzicom) etc. etc.
Mam doświadczenie w opiece nad własną matką, znam sytuację wielu osób opiekujących się niedołężnymi, schorowanymi rodzicami. Z doświadczenia wiem, że rodzice coraz rzadziej mogą liczyć na wsparcie ze strony własnych dzieci. I to bezdzietne osoby częściej obarczane są opieką nad niedołężnymi rodzicami (wymówką dla tych „dzietnych” są wnuki). Moje bezdzietne córki dawały mi wsparcie w opiece nad ich babcią a dzieci mojej niepracującej siostry (razem z nią) nie stać było nawet na telefon. Moje dzieci pracują za granicą, siostra i jej potomstwo są na miejscu. Więc całe to gadanie o tym, że na dzieci mają wszyscy łożyć, bo one będą się nami opiekować na starość to ciągle powtarzany mit
To cię rodzice nie kochali bidulko. Na terapię marsz!
Najlepiej każdego, kto ma inne zdanie na dany temat wysyłać na terapię, taaak, w dzisiejszych czasach te pseudo (nie prawdziwe) terapie to taki bacik, nie podoba Ci się coś w czyimś zachowaniu, to won na terapię bo na pewno TY masz problem… Pani Edyto, już jestem spokojna, będzie już w porządku, obiecuję, więcej komentarzy do tej Pani nie napiszę, jak ostatnio 🙂 Taaa, gdyby tylko te dzisiejsze ”terapie” (większość, nie te prawdziwe, one są potrzebne) cokolwiek dawały… Na koniec, współczuję serdecznie dzieciom tej Pani, jeśli ma do nich taki stosunek, jak do ludzi tu. Na szczęście inne dzieciaki mają rodziców, którzy są kulturalni i wychowani. I nie potrzebują pseudo (nie prawdziwej, potrzebnej komuś!) terapii 😉
Pani Justyno 12 ,pomyliła pani fora, na inne marsz!
I rozpętała się wojenka….. Odpowiedzi tendencyjne i bez zrozumienia tekstu. W kółko, jak mantra powtarzne banały. Bez pojęcia, bez znajomosci tematu, byle tylko przeforsowac swoje ja. I tylko autorka postu zaciera ręce, że się komentarze posypały, bo przedtem nikt się nie kwapił do dyskusji, pod tak mdłym tekstem.
Nikogo bezdzietnicy nie obchodzą. Natomiast to wieczne użalanie się nad sobą, fochy i roszczeniowość, powodują, że ludzie nie lubią bezdzietników, Sami sobie gotujecie taki los.
Najwyraźniej ciebie obchodzą, skoro tu zaglądasz;) A mnie nurtuje pytanie, skąd ty wiesz, co ludzi obchodzi, a co nie. Przepytałaś wszystkich mieszkańców tej planety?
Nie rozumiem po co Pani się tu udziela skoro ewidentnie się tu męczy. Nikogo Pani do niczego nie przekona, a już na pewno nie w taki agresywny i nie uprzejmy sposób. Nikt też Pani nie będzie współczuł ciężkiego życia z dziećmi (tak zakładam, skoro w pierwszym poście pisała Pani, że tylko mając dziecko można być naprawdę zmęczonym) ponieważ nie sądzę, żeby ktoś miał na to ochotę po tym jak Pani wszystkich tu obraża. Nie próbuje Pani też zrozumieć ani tego co się do Pani pisze, ani innego spojrzenia na życie. Proponuję znaleźć sobie stronę/forum /inne miejsce w internecie, w którym będzie mogła Pani wymieniać się uwagami na swoim poziomie z innymi rodzicami. I w imieniu Igi proszę, żeby się Pani zajęła sobą, a nie wysyłaniem innych na terapię
Nieuprzejmy piszemy razem. To po pierwsze.
Bezdzietnicy sa nieuprzejmi i zawłaszczający przestrzeń tylko dla siebie.
A innym to już nie wolno. Jak to u Was zawsze w jedną strone działa!
Chwatko Niematko ( cóż za tendencyjny pseudonim), podbiłam Ci komentarze. Bądź wdzięczna.
Raczej wielu tutaj podniosła pani ciśnienie. Ja akurat na brak komentarzy na blogu nie narzekam. I nie muszę ich podbijać za pomocą nic niewnoszących do tematu „wojenek”. Często stawiam tezy, które mogą nie podobać się rodzicom, ale nigdy nie jestem nieuprzejma. Taka moja uroda:) Dlatego nie cenię sobie komentarzy pisanych histerycznym, napastliwym tonem. I na ogół na nie nie odpowiadam, bo nie ma to sensu. Tym razem odpowiedziałam, ponieważ temat firmowej równości jest nowy i wart tłumaczenia. Naprawdę nie