Życie to przeciwnik wagi ciężkiej. Ba, czasami to zwalisty zawodnik sumo! A ty, nawet jeżeli jesteś trzęsącym portkami cherlakiem, i tak musisz wyjść z nim na ring i dać się sponiewierać. C’est la Vie! Każdy w końcu oberwie. Stary i młody. Bogaty i biedny. Rodzic i bezdzietny. A co robi przedstawiciel rozumnego gatunku, gdy obrywa i gdy mu źle? Oczywiście NARZEKA! I my dziś na Bezdzietniku trochę sobie ponarzekamy:) Tak terapeutycznie i dla relaksu. A gdy już udowodnimy całemu światu, że to właśnie my, bezdzietni, zbieramy od życia największe baty, przypniemy sobie do piersi Order Mokrej Chusteczki i z godnością wrócimy na ring. Bo kto wie, może następna runda będzie jednak należała do nas?…
Gdzie obrywamy najmocniej? Oczywiście w pracy. W końcu z imprezy rodzinnej zawsze można zwiać, a przed robotą nie bardzo. Brak potomstwa w pracy nie popłaca. Kodeks litościwie dostrzega matki i dzieci, ale jest całkowicie ślepy na niedołężnych rodziców, chorych partnerów czy słaniające się na łapach psy i koty. Na gorączkującego oseska mama bez problemu dostanie dzień wolny, przysługują jej też wolne godziny na karmienie i paczki na Dzień Dziecka. I to jest okej. Lecz jeżeli tobie, bezdzietny pracowniku, umiera pies – umiera długo i boleśnie – nie przysługuje ci nawet darmowa paczka chusteczek higienicznych, żebyś mógł sobie obetrzeć usmarkany nochal. I to już jest krzycząca niesprawiedliwość. Niejedyna, niestety.
A zatem co musisz znosić, bezdzietny wyrobniku, jeżeli masz etat, a nie masz dzieci?
TOWARZYSKIE WYKLUCZENIE
Prawda jest taka, że twój kot nigdy nie będzie tak zabawny i elokwentny jak czterolatek. Choćbyś puszczał mu Mozarta i rozwijał go metodą Montessori, jedyne, na co możesz liczyć, to pełne wyrzutu „miau” i wymowne okupowanie kapci. A to sprawia, że już przy porannej kawie trafiasz na towarzyski aut, bo ileż można opowiadać o zajętym kapciu?! I kogo to w ogóle obchodzi? A o dzieciach – jak powszechnie wiadomo – można nawijać w nieskończoność!
MARNE WIDOKI NA PODWYŻKĘ
Jeżeli szef – podczas trudnych rozmów o premiach i podwyżkach – obali wszystkie argumenty merytoryczne, rodzic zawsze może powiedzieć: „Ale ja mam dzieci i muszę je wykarmić”. I tego argumentu szef, choćby nie wiem, jak się natężał, nie obali. Bo stojący przed nim desperat rzeczywiście ma dzieci. A dzieci bywają głodne, nawet płaskoziemcy z tym faktem nie dyskutują. A ty co powiesz skąpemu prezesowi, bezdzietniku? Że brakuje ci na nawóz do storczyka?
SŁOTNE URLOPY
Październikowe i listopadowe urlopy mają swój urok, ale wyłącznie dla osobników o skłonnościach samobójczych i fanów twórczości Larsa von Triera. Jeżeli nie należysz do żadnej z tych grup, masz koncertowo wręcz przekichane. Owszem, możesz sobie latać na Fuerteventurę albo inną Maltę, ale naszego ukochanego Bałtyku już nie zobaczysz. Nie zaślubisz się z morzem, nie przywitasz z bujnymi polskimi cyjanofitami, choć to twoje święte i niezbywalne prawo. Musisz się go jednak wyrzec, bo lipiec i sierpień prawem kaduka należą się rodzicom.
DŁUGIE WIECZORY W PRACY
Sądzisz, że po robocie masz coś pilnego do załatwienia? Błąd! Współpracownicy szybko wybiją ci to z głowy. Wiadomo przecież, że ludzie bezdzietni nigdy nic nie muszą. I nigdzie im się nie spieszy. Uwielbiają za to siedzieć po godzinach, pracować po nocy i nadrabiać cudze zaległości. A że chomik drugą dobę nie je i słania się z głodu? Trudno! To tylko dowodzi twojej nieodpowiedzialności, bezdzietniku. Trzeba było machnąć sobie dziecko zamiast chomika. Wtedy społeczeństwo byłoby syte i chomik cały.
IDIOTYCZNE PORADY
Dopadła cię w pracy chandra? Ból głowy? Łupnęło ci w krzyżu? Daruj sobie wizytę u lekarza – zbędny trud i niepotrzebny wydatek! Twoi współpracownicy wiedzą, jak ci pomóc. Zajdź w ciążę. Po prostu. Aż dziw, że ciąż nie sprzedają jeszcze w aptekach! Pomagają ponoć na wszystko – dolegliwości gastryczne, neurologiczne i psychiatryczne. Leczą wrzody żołądka i zespół cieśni nadgarstka. Jeszcze tylko brakuje jakiejś Ciąży Forte albo Max o wzmocnionym działaniu, która leczyłaby bezdzietnych z niechęci do ciąży:)
JAWNĄ NIESPRAWIEDLIWOŚĆ
W mikołajki oraz w Dzień Dziecka wszyscy paradują po firmie z prezentami i tylko ty, bezdzietniku, czujesz się, jakbyś dostał rózgą po gołych pośladkach, chociaż przez cały rok byłeś grzeczny i nawet biurko sprzątałeś, zanim zdążyły zalęgnąć się w nim karaluchy. Niestety, jeżeli nie wylegitymujesz się potomkiem, dostaniesz figę z makiem. I na nic się zdadzą twoje tłumaczenia, że przecież też jesteś opiekunem, obchodzisz dzień psa, kota, chomika i glonojada na dokładkę. Masz pecha. Glonojady nie łapią się na fundusz socjalny!
NIEUFNOŚĆ PRZEŁOŻONYCH
Sytuacja wygląda tak: jeżeli jesteś kobietą i nie stuknęła ci jeszcze czterdziestka, szefowie patrzą na ciebie podejrzliwe, bo pewnie zaraz zajdziesz. Nie wysyłają cię na szkolenia, nie inwestują w ciebie i nie powierzają ci superważnych projektów. Za to bez przerwy gapią się na twój brzuch. Przekraczasz czterdziestkę i nie zachodzisz? Też źle! Jesteś pewnie zimną amebą albo gorzej – zwariowaną feministką, która nie nadaje się na odpowiedzialne stanowisko. Bęc, wypadasz z gry!
TO, ŻE WSZYSCY MAJĄ CIĘ ZA KARIEROWICZA (KARIEROWICZKĘ)
… a ty chcesz tylko zarobić to swoje dwa dwieście i mieć święty spokój.
Tyle na dziś:) Temat w istocie jest poważny i na pewno do niego kiedyś wrócę – już bez żartów i kpin. Tymczasem podzielcie się w komentarzach swoimi doświadczeniami wyniesionymi z waszych firm. Czy kiedykolwiek czuliście się dyskryminowani? Jakie miewacie kłopoty? Z czym trudno wam się pogodzić?
Opowiadajcie, co was gryzie, drapie i uwiera!:)
Zdjęcia: https://pixabay.com



60 komentarzy
Cóż…nie mogę się nie zgodzić. Ja bym dodała, że nic mnie tak nie bawi, jak żony pilnujące przed tobą swoich obleśnych, łysiejących i spoconych mężów, których byś szmatą na kiju nie tknęła. Pamiętam też sytuację, w której szef układał mi tylko popołudniowe zmiany, bo na rano mają matki, które muszą odebrać pociechy z przedszkola.
Popołudniowe zmiany to koszmar!:((
Najgorzej jest z chorującymi zwierzakami. Gdy mówię w pracy że muszę urlop na żądanie, albo spieszę się po pracy i nie mogę zostać po godzinach żeby wyprowadzić psa na spacer to patrzą na mnie jak na wariata. Ale jak kaszojad koleżanki z pracy ma setną anginę w roku i milion innych endopasożytów to jeszcze dostanie i z tydzień urlopu na żądanie żeby nie traciła na L4. Nie mówiąc o tym że rodzice mają dodatkowe 2dni urlopu w ciągu roku na swoje seksualne twory. A my co mamy?!.. tylko powody do narzekania?
Niedawno na tym blogu było o sposobie wyrażania się tak, aby nie siać fermentu i nie stawiać kolejnych murów między matkami i nie-matkami. Tobie Asiu proponuję przeczytać poprzedni wpis, zanim kolejny raz określisz dziecko mianem „kaszojadu” lub „seksualnego twora”. Ni to śmieszne, ni to oryginalne.
Pozdrawiam Cię, były już zapewne kaszojadzie, „seksualny twór” Stanisława i Barbary 🙂
Dziękuję Ci za to, że powiedziałaś, coś co sama chciałam. Znając jednak mnie rozpętałaby się wojna.
Kiedyś koleżanka z pracy próbowała zaciążyć i znikała z pracy na 3 m-ce, potem chodziła 2 tygodnie, potem znów 2 m-ce nieobecności… I tak dwa lata, aż zniknęła na ciążowym. Jakbym miała taką zastępować, bym się ostro buntowała.
Na mnie tylko patrza kolezanki z pod byka i stosuna stara spiewke „bedziesz jeszcze zalowac” a mojegk szefa to wali hehe
„Jak Ty możesz być zmęczona i potrzebować więcej urlopu, skoro nie masz dzieci?”
Jak totam nie mozesz przyjsc w sobote do pracy???? A co ty masz w sobote do roboty akoro nie masz rodziny? (Maz, pies itd.)
Ja poradziłam sobie w inny sposób. Otwarcie daję do zrozumienia, że mamy XXI wiek i nie interesuje mnie czy ktoś ma dzieci, psa czy chomika. Jesteśmy wolni, podejmujemy decyzję za które musimy ponosić odpowiedzialność. Jeśli ktoś zdecydował się na dzieci ok…musi zdawać sobie sprawę z tego, że naturalnie będzie miał więcej obowiązków. Ja nie mam ochoty ani zamiaru pracować za taką osobę…tym bardziej nie korzystać latem z urlopu. Pracodawca wie, że zawsze mogę iść na długie L4 🙂 a że jestem bardzo dobrym , dyspozycyjnym i bardziej efektywnym pracownikiem niż panie z potomstwem to nigdy mi jeszcze nie zrobił świństwa 🙂
Do tej pory pracowałam w dwóch firmach, i jedynie ze strony współpracownicy- matki zdarzyło ni się słyszeć teksty typu „Ty możesz tyle pracować, bo nie masz obowiązków i jesteś młoda” (w domyśle – nie masz dzieci). Oczywiście ta sama kobieta potrafiła wybywać z pracy, za zgodą szefa, bo
1. 13-letnia córka potrzebowała pomocy w przygotowaniu przedstawienia na koniec roku szkolnego,
2. 7-letnia córeczka musiała chodzić na zajęcia ze śpiewu o 13.00 i nie mogła tego robić w żadnym innym terminie,
3. 15-letnia córka nie mogła sama wracać po południu ze szkolnej wycieczki, mimo, że komunikacja miejska działa i ma się dobrze.
Koniec końców, matka-pracownica i tak się zwolniła, bo szef zaczął się irytować, a przecież nie miał prawa zwracać jej uwagi na to, że jej 15-minutowe wyjścia trwają po 2 godziny. W tej chwili pracuję w firmie, gdzie szef jest bardzo prorodzinny. Wcale jednak nie mam problemu z wzięciem urlopu, bo kot zachorował. Ba, potrafił okazać empatię, kiedy ów kot przeszedł za tęczowy most. Zero docinków, zdziwienia. Usłyszałam tylko, że jest we mnie coś ze św Franciszka, a zaraz potem historię o jego zmarłym psie. Wszystko jest kwestią empatii – jeśli dwie strony chcą zrozumieć siebie nawzajem, to zawsze wszyscy na tym zyskują.
Masz rację – wszystko tak naprawdę zależy od ludzi, z którymi pracujemy. No i oczywiście od nas samych – na ile sobie pozwolimy wejść na głowę:) Czasami wystarczy zwyczajnie powiedzieć „nie” i okazuje się, że nie ma problemu.
Mnie spotkała dyskryminacja ze strony przełożonej-matki z „misją”. Po powrocie z macierzyńskiego uznała, że wychowanie dzieci liczy się bardziej w doświadczeniu w zarządzaniu ludźmi niż prawdziwy staż pracy w zarządzaniu. W rezultacie rozdaje awanse tylko matką, a do bezdzietnych kobiet stosuje wygórowane oczekiwania, które nawet, jak zostają spełnione i tak nie są brane pod uwagę. Na pytania, dlaczego proces rekrutacji nie została przeprowadzony w standardowy sposób, odpowiada „nie mogłam zrobić tego Kasi (matce)”.
Jako jedyna bezdzietna pracownica w mojej małej firmie czuję się jak ufoludek, serio!!! Koleżanki mogą wyjść w czasie pracy, bo dziecko wierszyk mówi na Dzień Matki, bo z wycieczki wraca, bo kanapki do szkoły zapomniało i podrzucić trzeba a jak ja chcę jeden jedyny raz wyjść na pół godzinki żeby odebrać psa po zabiegu, to słyszę że przecież jak sobie poleży u weta do 16 to nic mu się nie stanie!!!No żesz kurwa wasza niedojebana!!!takie były moje słowa kiedy wychodząc bez zgody trzasnęłam drzwiami. Myślałam że już nie mam po co wracać i na drugi dzień przyszłam do pracy wybadać sytuację, ewentualnie zabrać swoje rzeczy. Jakież było moje zdziwienie kiedy wszyscy zachowywali się jak gdyby nic się nie stało a ja nadal mam pracę 😉 I biorę na żądanie jak moje zwierzę jest chore albo rodziców trzeba zawieźć np. do lekarza, nikt już głupio nie komentuje a jeśli gadają za plecami to dlatego że właśnie tam z tyłu jest ich miejsce 🙂
No popatrz! Okazuje się, że czasami to „nie” musi być powiedziane nieco dosadniej:)) Efekt – powiedziałabym – spektakularny:)
Czasem jest na odwrót. Ja pracuję w miejscu, gdzie więcej jest bezdzietnych kobiet niż matek. No i też nie jest za dobrze. Wymowne spojrzenia i komentarze, bo nie mam np. pomalowanych paznokci tak jak one (nie mam czasu, tak, poważnie, nie mam). Nie nadążam za najnowszymi premierami kinowymi, nie wiem co obecnie grają w teatrach, nie znam niszowych zespołów muzycznych, które swoje koncerty mają w klubach o nieznajomych mi nazwach. I to nie tak, że nie jestem lub nie byłam obyta czy oczytana. Mam czas na książkę, na swoje zainteresowania, ale nie na tyle, co one. Największą frustrację czułam na urlopie macierzyńskim. Miałam wrażenie, że dookoła ludzie zajmują się rzeczami ważnymi i doniosłymi, a mnie życie upływa na macie (dla niewtajemniczonych – mam na myśli nie matę do ćwiczeń, ale matę „edukacyjna” z różnymi przyczepkami itp), po raz setny śpiewając te same piosenki i przebierając pieluchy. Oczywiście pożalić się nie mogłam, bo „chciałam, to mam”. Także każdy kij ma dwa końce.
Hej, Moniko! Ważny głos z drugiej strony:) Tak sobie pomyślałam, czytając twój wpis, że najwięcej takich drobnych, codziennych „nieszczęść”, o jakich tu piszemy, bierze się nawet nie ze złej woli, tylko z naszego braku uwagi. I braku czasu. W codziennej bieganinie łatwiej nam przyjąć cudzą perspektywę, jeżeli jest ona zbliżona do naszej. Jeżeli nie – musimy się zatrzymać na chwilę, uruchomić szare komórki, wyobrazić sobie cudzy świat i cudze uczucia. Zazwyczaj brakuje nam na to czasu, ochoty, siły… Najgorsze jest myślenie stereotypami, np. „jak bezdzietny, to pewnie nie ma co robić z wolnym czasem” albo „jak matka, to pewnie nic jej nie interesuje poza dzieckiem”. Niestety, gdy cierpimy na brak czasu, stereotypy pomagają nam ogarniać świat. Warto o tym pamiętać i od czasu do czasu spojrzeć z większą uwagą na drugiego człowieka. Niby proste, w teorii, ale – jak się okazuje – w praktyce cholernie skomplikowane:)) Ale na pewno możliwe! Pozdrawiam!:)
Moniko przykro mi co Cię spotkało, nie powinno tak być. Ale teraz możesz sobie wyobrazić co kobiety bezdzietne słyszą niemalże zawsze. Man nadzieję że sytuacja w twojej pracy się poprawi. Mając to doświadczenie nigdy nie krytykuj kobiety bezdzietnej za jej wybory. Życzę Ci powodzenia i głowa do góry
Mnie zawsze zaskakuje negatywnie taka roszczeniowa postawa wielu rodziców. Wszyscy im muszą pomagać, ustępować, pomagać przy dzieciach, dostosowywać urlop pod nich… Ja pracuję w biurze rachunkowym i powiem szczerze ja i inne bezdzietne koleżanki mamy przerąbane ? szef boi się dawać mamuśkom trudniejsze firmy, bo klient bardziej wymagający, są terminy, dodatkowe raporty. A tu wiecznie L4, sraczki, dzień babci, mamy, nocnika w przedszkolu… I to wieczne gadanie, za ja nie mam dzieci to mogę mieć nadgodziny i ogólnie mnie przerąbane. Kurcze! Czy naprawdę ich dzieci to mój problem? Przecież to oni stwierdzili że podejmują się posiadania dzieci bo są wielozadaniowi…
Hej! No, to jest cholernie trudna sprawa. I zastanawiam się, z której strony to ugryźć. Bo faktycznie – jeżeli w firmie pracują głównie kobiety, i to matki z małymi dziećmi, to prawdziwy klops. Zwłaszcza jeżeli obowiązki muszą być wykonane tu i teraz. Natychmiast. I nie mogą czekać, aż mama wróci z L4. U mnie w firmie jest o tyle lepiej, że gazeta powstaje przez pół miesiąca albo przez miesiąc. I nawet jak wyskoczy jakieś zwolnienie czy dzień wolny, to obowiązki leżą sobie odłogiem i czekają, aż mama wróci z urlopu. Robienie za kogoś to słaba opcja. W sytuacji równowagi – nie ma problemu. Ty idziesz na urlop, ja idę na urlop, więc nawzajem sobie pomagamy. Jeżeli kogoś ciągle nie ma, a ktoś inny ciągle jest, problem staje się systemowy. I to pracodawca powinien poszukać systemowego rozwiązania. Albo po prostu nagradzać finansowo tych, którzy pracują ciężej. Szczerze mówiąc, cieszę się, że nie jestem szefem i nie muszę rozstrzygać takich spraw:))
Znam obie strony medalu. Nie raz myslalam sobie, o powiedzmy Kasce – „no, ale ze ona musi (musi?!) brac urlop zawsze w przerwe swiateczno-noworoczna to juz przesada!” Z drugiej strony juz mi sie zdarzalo lykac sline, zeby sie nie rozplakac, kiedy musialam odbierac dziecko, a kolezance (ktora szczesliwa dopiero o 10tej byla w pracy, podczas gdy ja tak wczesnie jak sie dalo) widzac mnie zbierajaca sie do pracy przekazywala mi (zlosliwie?) wazne informacje dotyczace kolejnych dzialan. Ale ogolnie to jakos to bylo – bezdzietna bez problemu godzilam sie na pozne i sobotnie zmiany, bo umozliwialy mi drugie studia, czesto dogadywalam sie wlasnie z jakas mama, ze ona bierze wczesne, ja pozne i szlysmy z ta koncepcja do szefa. Z urlopem, to powiem szczerze, tez wolalabym poleciec poza sezonem, ale niestety, dzieci nie tylko nie moga, ale i im nie wolno opuscic roku szkolnego bez specjalnego pozwolenia. Jest jeden aspekt z tymi urlopami, o ktorym nie posiadajac dzieci nie mialam pojecia – niestety, przedszkola i szkoly sa czesto pozamykane na dlugie weekendy i poza nimi (bo np. szkolenia). I to jest naprawde problem – my, niestety, nie mamy babc ani nikogo do pomocy, wiec opieka nad dziecmi do sztafeta. I naprawde urlopu brakuje, by te dni wlasnie, te pojedyncze, pokryc. Nieraz zdarzylo mi sie przyjsc z dzieckiem do biura (na szczescie moje absorbujace dzieci zachowuja sie poza ich biotopem naprawde przykladnie), choc i dla mnie tez nie bylo to idealne rozwiazanie, bo, szczerze, najlepiej dla mnie nie laczyc tych sfer. Natomiast zgadzam sie, ze powinny byc urlopy opiekuncze np. na opieke nad starszymi rodzicami. W Niemczech juz to wchodzi – dostajesz taki oplacany urlop oraz ulgi podatkowe. I tak powinno byc, wlasnie o tym aspekcie czesto sie zapomina, ze rodzina to nie tylko potomstwo ale i starsze pokolenia.
Hej! Zdaję sobie sprawę, że bycie mamą w pracy jest dużo cięższe niż bycie bezdzietną. Z tych sytuacji, które opisałam (mooooocno przeginając:), mnie najbardziej wkurza to permanentne wmawianie ciąży. Kiedyś poszłam do dyrektorki złożyć wypowiedzenie, a ona, zanim w ogóle zaczęłam mówić, omal nie rzuciła mi się na szyję z okrzykiem: „Ja wszystko wiem, proszę nic nie mówić. Jest pani w ciąży! To cudownie, gratuluję!”. No i weź tu, człowieku, wybrnij z tego:))) Bo rzeczywiście – przynajmniej w moim przypadku – ze współpracownikami czy szefami w sprawach urlopów zawsze można się dogadać. Natomiast urlopy opiekuńcze na rodziców to bardzo poważna i coraz bardziej nagląca sprawa, biorąc pod uwagę, że opieka geriatryczna w Polsce praktycznie nie istnieje.
Z ciaza to fakt – ciagle jest sie pod obserwacja i niestety, to sie nie konczy z pierwszym (bo pewnie chcemy parke). Natomiast co mnie tez, w Niemczech przynajmniej wkurza – kobiety nadal zarabiaja mniej na porownywalnych stanowiskach i podwyzke na zasadzie „ale ja musze z czegos wykarmic rodzinie” latwiej wywalczyc mezczyznom, bo wychodzi sie z zalozenia, ze kobieta ma (lepiej) zarabiajacego meza i jest bledne kolo. A kobiety tez czesto, wlasnie z tych wyrzutow, ze moga zajsc i narazic firme na straty wcale nawet o ta podwyzke nie prosza (rozmawiam np. z jedna, ze nadal czekam na odpowiedz szefowej, co z moja podwyzka, a ona mi mowi – „ja juz od 10 lat nie dostalam, ale nie jest tak zle. Thomas dobrze zarabia”). Takie czasami jestesmy, a jak na to spojrzec trzezwo lub meskim okiem – nie wierze, ze facet nie pomyslalby o podwyzce tylko dlatego, ze zona lepiej zarabia. A co ma piernik do naszych kwalifikacji? A co maja zarobki naszych partnerow do tego jak pracujemy? Ale tak to juz jest – jesli firma pojdzie na ustepstwo, pozwoli nam na prace z domu, lub na pol etatu, jestesmy sklonne z wdziecznosci zrezygnowac z materialnych gratyfikacji. Nie pamietam, czyja ksiazke czytalam, chyba Brzezinskiej (corki „tego” Brzezinskiego z USA), ktora kiedys napisala, ze firma podarowala jej wisiorek jakis i ona sie na poczatku ucieszyla a po zastanowieniu wkurzyla. Zaden facet na taki gadzecik by sie nie dal nabrac i zaprzestac zadan o konkretne monetarne wynagrodzenie.
Temat opieki nad rodzicami wlasnie tu ostatnio ruszyl. Trzeba powiedziec, ze Domy Opieki czy Spokojnej Starosci sa tu oblozone duzo mniejszym tabu spolecznym, ale pewnie tez dlatego, ze oferuja bardzo rozne standardy, te najwyzsze przypominajace kilkugwiazdkowe hotele. Dlatego wielu starszych ludzi, nawet samych wybiera ta opcje. Ale – spoleczenstwo sie starzeje, te instytucje pekaja w szwach, a co najgorsze, nie ma peronelu, bo jest to przeciez ciezka i fizycznie i psychicznie praca, nie wynagradzana adekwatnie ani materialnie ani moralnie. Niemcy szukaja wiec nowych, a wlasciwie „starych” opcji, jak wlasnie opieka przez najblizszych. Stad wlasnie te platne urlopy opoíekuncze i pomoc ze strony panstwa. Mysle, ze juz wkrotce rusza szeroko zakrojone kampanie na rzecz jak najdluzszego pozostawania pod opieka w domu. Trudny i wazny temat i wiekszosc z nas kiedys sie z nim skonfrontuje.