Foto: Pexels.com
Pamiętacie wierszyk Tuwima „Wszyscy dla wszystkich”? O tym, że Murarz domy buduje/ Krawiec szyje ubrania/ Ale gdzieżby co uszył/ Gdyby nie miał mieszkania… Proste, prawda? Wszyscy jesteśmy sobie potrzebni: murarze, krawcy, szewcy i piekarze. A w wersji uwspółcześnionej: groomerzy, wedding planerki, webmasterzy i chirurżki (kto ma z tą formą problem, niech przeczyta świetny tekst Marcina Napiórkowskiego). Już jako pacholęta, stawiając babki w piaskownicy, recytowaliśmy, że każdy coś wnosi do wspólnoty. Jeden to, drugi owo. Jeden grabki, drugi wiaderko. Piekarz musi mieć buty/ Więc do szewca iść trzeba/ No, a gdyby nie piekarz/ Toby szewc nie miał chleba i tak dalej…
Wzór na rozwój z wieloma niewiadomymi
Naprawdę dziwię się, że ludzie wychowani na tym mądrym wierszyku tak chętnie oskarżają nas – niedzietnych – o bezużyteczność, jakbyśmy nie piekli, nie operowali, nie uczyli i nie budowali, a jedynym śladem naszej bytności na Ziemi był ślad węglowy. Piszą mi na przykład: „(…)wychodzi Pani na egoistkę, która nie przyczynia się do rozwoju państwa poprzez wydanie na świat obywateli”. Język godny ustawy zasadniczej, lecz argument nie sięga nawet poziomu piaskownicy. Każdy, kto recytował kiedyś wierszyk Tuwima, wie, że dzieci to ważny, ale niejedyny wkład w rozwój państwa. Siła wspólnoty tkwi w różnorodności, we wzajemnej wymianie usług, myśli i talentów. W harmonijnej współpracy. Ktoś urodzi dziecko (bezdzietność nie jest ani modą, ani propagandą, nigdy więc nie będzie zjawiskiem masowym), ktoś nauczy je tabliczki mnożenia, a ktoś inny – być może bezdzietny – zainwestuje w jego przełomowe badania. We współczesnym świecie bardziej niż mnogość narodu liczy się jego innowacyjność, elastyczność i umiejętność odpowiadania na wyzwania przyszłości.
Co oczywiście nie oznacza, że z punktu widzenia rozwoju społecznego dzieci to zła inwestycja. Większość z nich, gdy dorośnie, z pewnością przysłuży się wspólnocie, pod warunkiem że po drodze nie wydarzy się jakaś straszliwa katastrofa, na przykład gospodarcza albo klimatyczna, i nie odbierze im szans na wykorzystanie potencjału. Wzrost demograficzny ma sens tylko wtedy, gdy towarzyszy mu w miarę stabilny i przewidywalny wzrost gospodarczy, umożliwiający przyszłym dorosłym zarobkowanie i zaspokajanie potrzeb, a na to żaden polityk ani ekonomista nie da gwarancji. Z przyszłością jak z pogodą na świętego Hieronima – albo jest, albo jej ni ma, więc inwestowanie w nią zawsze ma coś z hazardu. Zwłaszcza dziś, gdy prognozy poważnych naukowców brzmią jak szalone przepowiednie niezbyt trzeźwych profetów, słowo „wzrost” staje się formą bluźnierstwa, a najwybitniejsi filozofowie piszą, że „przyszłość wyrwała się spod naszej kontroli” i zapieprza w nieznane*. Dlatego upatrywanie źródeł narodowego sukcesu wyłącznie we wzroście demograficznym jest szalenie krótkowzroczne. I zwyczajnie niemądre. W niepewnych czasach należy dywersyfikować portfel inwestycyjny – każdy makler wam to powie.
Jak widać wzór na rozwój państwa ma sporo niewiadomych, dlatego na miejscu rodziców nie spieszyłabym się z wystawianiem piersi do odznaczeń. Wydany na świat obywatel, zamiast wybitnym naukowcem albo sumiennym płatnikiem składek, może okazać się hulajduszą, cwanym oszustem podatkowym, który o państwowy budżet dba jak pies o piątą łapę, albo – co przykre, ale możliwe – „człowiekiem zbędnym”, wykolegowanym z rynku pracy przez nowoczesne technologie i trudne do przewidzenia trendy społeczne. Profesor Krystyna Szafraniec, autorka powstałego przed kilkoma laty rządowego raportu o sytuacji polskiej młodzieży, uważa, że zjawisko zbiorowego awansu, charakterystyczne dla minionych dekad, zaczyna ustępować zjawisku zbiorowej degradacji. To powinno skłonić nas do refleksji nieco głębszej niż puste i oklepane: „bezdzietni nie przyczyniają się do rozwoju państwa”. Dzietność nie jest gwarancją zbiorowego (a nawet jednostkowego) dobrobytu, a bezdzietność nie stanowi – jak twierdzą niektórzy – najwyższej formy społecznego pasożytnictwa. Myślenie kliszami wydaje się fajne i niewyczerpujące, ale w niczym nie pomaga, a przedawkowanie go może zagrażać naszemu społecznemu życiu i zdrowiu.
Bezdzietni znikają
Zostawmy więc niepewną przyszłość i skupmy się na teraźniejszości. Cóż takiego ważnego – tu i teraz – dają społeczeństwu ludzie bezdzietni? Aby odpowiedzieć na to pytanie, zarządzam proste ćwiczenie. Pamiętacie serial „Pozostawieni”? W niewyjaśnionych okolicznościach znika z powierzchni Ziemi 2% ludzkości, a reszta musi nauczyć się z tym żyć. Wyobraźmy sobie, że znikniętymi są ludzie bezdzietni. W Polsce jest ich grubo ponad 2%, więc pustka po nich będzie tym bardziej odczuwalna.
A zatem – hokus, pokus! – zniknęli. Sprawdźmy, co się dzieje (poza tym, że „Bezdzietnik” traci większość swoich czytelników)…
Po pierwsze: z państwowej kasy znikają ich podatki. Ile? Diabli wiedzą. Rodzice mówią, że mało, bezdzietni – że krocie. A co powiedziałby minister finansów? Głowę dam, że codziennie modliłby się o bezpieczny powrót na Ziemię wszystkich znikniętych, oczywiście razem z ich PIT-ami. To przecież najlepsi podatnicy pod słońcem! Przez całe zawodowe życie wpłacają do wspólnej kasy, stosunkowo niewiele z niej wypłacając. Nie przysługują im żadne rodzicielskie ulgi, świadczenia, zasiłki, wyprawki ani dodatkowe urlopy. Trzeba tylko wymyślić system, który pomoże im odłożyć parę groszy na starość, ale to mglista i odległa perspektywa, więc kto by się tym przejmował?!
Po drugie: kurczy się przestrzeń osobistej wolności. W społeczeństwie, w którym wszyscy mają dzieci, odmowa rodzicielstwa znika z horyzontu wyobraźni. Nawet jeżeli nie jest prawnie zakazana, z biegiem czasu staje się czymś nie do pomyślenia. A jeśli się zdarzy – bo na świecie dzieją się czasem rzeczy niewyobrażalne – potraktowana zostanie jako wybryk, objaw choroby psychicznej albo działalność wywrotowa, czyli tak, jak była traktowana, zanim kobiety wywalczyły sobie prawo do decydowania o swojej płodności. Ale to nie koniec. Skoro nie można odmówić urodzenia pierwszego dziecka, problematyczna staje się odmowa powołania na świat drugiego, trzeciego i czwartego… Środki antykoncepcyjne, jako zbędne, podejrzane i służące złej sprawie, zaczynają znikać z aptek, aborcja zostaje zakazana… Co dalej, strach pomyśleć! Obecność bezdzietnych jest najlepszą gwarancją poszanowania praw prokreacyjnych – wszystkich ludzi, nie tylko tych, którzy w ogóle nie chcą mieć dzieci. Wybór bezdzietnych poszerza horyzont wyobraźni i dostarcza alternatywnych wobec rodzicielskich wzorców życia. To zapewne miała na myśli Gloria Steinem, gdy na pytanie, czemu wybrała bezdzietność, odpowiedziała: „Bo gdyby wszyscy mieli dzieci, nie byłoby nikogo, kto powiedziałby wam, jak to jest ich nie mieć”.
Po trzecie: rodzicielstwo traci na wartości. Poważnie! Piszę to na trzeźwo i z pełną odpowiedzialnością. Jestem przekonana, że dzieci są dziś tak niesłychanie ważne między innymi dlatego, że można ich nie mieć. No bo pomyślmy! Aby WYBRAĆ macierzyństwo, musimy nadać mu indywidualny sens i znaczenie. Musimy go zapragnąć, odrzucając inne życiowe opcje, i uznać, że jest warte zachodu. A jeśli w przyszłości stanie się dla nas źródłem rozczarowania – bo i tak bywa – zgodnie z regułą utopionych kosztów będziemy przypisywać mu tym większą wartość, im więcej zabrało nam czasu, wysiłku i nadziei. To dlatego dzieci powoływane na świat z wyboru wydają się znacznie cenniejsze i bardziej niezwykłe niż te pojawiające się „z automatu”. By się o tym przekonać, wystarczy zapuścić żurawia w czasy sprzed wynalezienia pigułki antykoncepcyjnej.
Po czwarte: ulatniają się z Polski wszystkie PANK-i. Producenci glanów i ramonesek mogą spać spokojnie, nadal mają co robić, ale z rodzinnych układanek znikają bezdzietne ciotki, czyli Professional Aunts No Kids. Póki były, bezwstydnie rozpieszczały swoich bratanków i siostrzeńców, obdarowywały ich drogimi prezentami, poświęcały im czas, fundowały szalone wycieczki, dawały alibi, gdy dzieciaki zaczęły niewinnie grzeszyć i trzymały z nimi sztamę, kiedy weszły w fazę nastoletniego buntu. Oferowały im inny niż rodzicielski punkt widzenia na rzeczywistość. Teraz została po nich trudna do wypełnienia luka.
Po piąte: nagle zaczyna brakować tych, którzy zwykle zostawali dłużej w pracy, zawsze byli dyspozycyjni, brali nadgodziny, nocki i drugie zmiany, bez szemrania jeździli w delegacje, pracowali w Wigilię i rezygnowali z letnich urlopów. Sypią się firmowe grafiki, atmosfera w ołpenspejsach gęstnieje. Przed świętami tu i ówdzie dochodzi do dantejskich scen, bo każdy musi nagle odebrać dziecko z przedszkola albo pod sankcją karną stawić się u szkolnego wychowawcy. Natychmiast! Przy drzwiach wyjściowych robi się tłok, interweniuje ochrona. I nawet najtwardsi przeciwnicy bezdzietnych zaczynają w końcu za nimi tęsknić.
Po szóste: rozpływają się w powietrzu wybitni artyści, którzy, by działać, potrzebują spokoju, samotności i przestrzeni do tworzenia. Bez nich świat szarzeje i smutnieje, nonkonformizm traci na wartości, ceny sztampy i banału idą w górę. Wyobraźmy to sobie…
Na ulicach zapaszek
na chodnikach zapaszek
nie ma Jasnorzewskiej
i nie ma Czubaszek.
Tu zapaszek, tam smrodek
szare błotne kaskady
Nie ma Mrożka i Peszek,
nie ma też Wisławy
Oczywiście nie wszyscy bezdzietni są genialnymi artystami czy wybitnymi naukowcami, ale dzięki powszechnej akceptacji bezdzietności ci utalentowani mogą bez przeszkód rozwinąć skrzydła. Mogą działać i tworzyć, nie popadając w nokautujący lub po prostu wyczerpujący konflikt ze światem, który wszystkich przycina do jednego – rodzicielskiego – szablonu.
Po siódme: ze schronisk, fundacji i stowarzyszeń znika spora grupa zaangażowanych wolontariuszy, dysponujących czasem, zapasem sił i zapałem do działania. Oczywiście, zostają zaangażowani i ofiarni rodzice, ale z pewnością ta wspaniała społeczność, gdy znikną bezdzietni, zostanie znacząco uszczuplona.
Po ósme: Netflix, podążając za społecznym trendem, zamiast „Seksu w wielkim mieście” serwuje nam „Baby boom w wielkim mieście”. Zresztą, co tam Netflix! Ze wszystkich platform streamingowych znikają bezdzietni bohaterowie, rodzynki w rodzicielskim cieście, samotni bojownicy o własny pokój, własne łóżko, własny widelec i własny pomysł na życie. Czy naprawdę jesteśmy na to gotowi?
W stronę społeczeństwa otwartego
Jak widać, bezdzietni potrafią całkiem sporo wnieść do społeczeństwa, choć nie zawsze ten wkład można przeliczyć na żywą gotówkę. Warto go jednak zauważyć i docenić, zamiast bezrefleksyjnie pleść o egoistach i pasożytach. Powtarzanie tych wyświechtanych frazesów dowodzi nie tylko umysłowego lenistwa, ale i kompletnego niezrozumienia mechanizmów rządzących tak skomplikowanym organizmem, jakim jest społeczeństwo. Mówię oczywiście o społeczeństwie ludzi wolnych, otwartych na różnorodność i śmiało patrzących w przyszłość. Wspólnotą złożoną z wylęknionych kserówek, uradowanych tym, że wszyscy – kropka w kropkę – są tacy sami, może rządzić byle cwaniak z batogiem w ręce.
Rysunek: Katarzyna Drewek-Wojtasik
* Zygmunt Bauman


86 komentarzy
Wyprzedziłaś moje myśli. Zawsze gdy mam wątpliwości, wracam tutaj i czuję, że jestem chyba normalna 😉 I coś czuję, że Bezdzietnik nie straci czytelników, chyba że w jakimś innym życiu na odległej planecie 😉
Obyś była prorokiem na naszym własnym blogu:))
Przecietny kowalski który nie ma dzieci nie przyczynia się do osiągnięć ” nauki” .
Nie wszyscy musimy się przyczyniać do osiągnięć nauki.
Ja bym jeszcze np. dodała, ze bezdzietni zmniejszają zanieczyszczenie środowiska, konkurencje w zdobywaniu pracy, przeludnienie. Osobiście uważam, ze nie ma nic gorszego niż ludzkość, żadne inne zwierze nie jest tak okrutne jak człowiek. Powinnismy wyginać ja dinozaury. Nie poczuwam się do jakiegokolwiek obowiązku rodzenia następnego płatnika podatków i Zusu, który będzie uczył sie i harował jak wół i zdychał na raka, najlepiej krotko przed emerytura. Nie się inni w to bawią.
To powinien przeczytać każdy rodzic, zanim wygłosi zdanie o bezużyteczności bezdzietnych… (plus przypomnieć sobie wierszyk :)))
aspekt społeczny bezdzietności kompletnie mnie nie interesuje, bo efekty małego przyrostu będą widoczne wtedy kiedy mnie już na świecie nie będzie (antykoncepcja to nadal bardzo nowy wynalazek w skali ewolucji społeczeństw). poza tym, nadalł nie wiadomo, jaki będzie efekt. być może żaden. natomiast aspekt indywidualny jest bardzo ciekawy. w tym tekście pojawia się jedno ciekawe zdanie, o znikaniu: znikną w pewnym momencie ludzie, którzy są gotowi siedzieć dłużej w pracy, ludzie od nadgodzin, od nocek.
i to jest właśnie kwintesencja. bezdzietni mogą siedzieć dłużej w pracy, i siedzą. mogą brać nockki, i biorą.
a dla mnie to właśnie jest przykład nędznej egzystencji. właśnie: nędznej. jałowej. nudnej.
dla mnie jedną z lepszych chwil z całego dnia jest powrót do domu, gdzie rzuca się na mnie 7-letnia córka z radosnym wrzaskiem: „tata wrócił! tato, pobawimy się?”
…a na drugim biegunie mamy kogoś, kto sobie dłużej siedzi w pracy.
nie mówię, że to złe; każdy robi co uważa. 🙂
„w tym tekście pojawia się jedno ciekawe zdanie, o znikaniu: znikną w pewnym momencie ludzie, którzy są gotowi siedzieć dłużej w pracy, ludzie od nadgodzin, od nocek.
i to jest właśnie kwintesencja. bezdzietni mogą siedzieć dłużej w pracy, i siedzą. mogą brać nockki, i biorą.
a dla mnie to właśnie jest przykład nędznej egzystencji. właśnie: nędznej. jałowej. nudnej” – bezdzietni mają naprawdę ciekawe życie, a siedzą po godzinach nie dlatego, że nie mają co robić, ale dlatego, że rodzice – jeśli chcą – zawsze znajdą powód, by wyjść wcześniej.
Więc twój argument jest z kosmosu.
A dla mnie największą nudą jest przebywanie z dziećmi i zabawy z nimi. Jest to właśnie czas jałowy i bezproduktywny. Nudzą mnie bardziej niż nadgodziny. Znam kilka osób, które własne dzieci również nudzą i wolałyby robić wszystko inne, niż się z nimi bawić.
dlatego napisałem że każdy robi co uważa. 🙂
Donatello, Twój tok rozumowania oraz sposób prowadzenia rozmowy to jakaś czarna magia. Osoby bez dzieci czasem robią nadgodziny, ale skąd przekonanie, że jest to ilość godzin, która uniemożliwia bezdzietnikom branie życia pełnymi garściami? Zmierzyłeś to?
Czyjeś wybory porównujesz do nędznej, jałowej, nudnej egzystencji. Próbujesz udowodnić, że godziny spędzone na opiece nad dzieckiem to jakaś ogólna recepta na satysfakcjonujące dumanie na łożu śmierci. A potem piszesz „nie mówię, że to złe; każdy robi co uważa:)”. Czyli obrażę, pokażę, że mój wybór jest najlepszy, a inne wybory to coś jałowego, pustego i przynoszącego rozczarowanie w ostatnich chwilach życia, a na koniec napiszę, że każdy robi, jak chce. No i zasunę uśmieszkiem, bo ten musi być. Bo to tylko takie na luzaku obrażanie, bo przecież każdy robi, jak chce : )
Spróbuję po Twojemu… tak w ramach eksperymentu. Naprawdę chcę wierzyć, że Twoja wypowiedź to efekt braku wyobraźni i wiedzy, a nie efekt złych intencji. Może zaczaisz, o co chodzi. Może nawet sięgniesz po jakąś książkę o sztuce argumentacji; może nawet pokażesz ją kiedyś dziecku. No więc odpiszę Ci po Twojemu:
Przewijanie dzieci, słuchanie ich krzyków i skupienie na ich potrzebach to dla mnie jałowa egzystencja. Rzeczywistość, w której w domu czeka na mnie dziecko, jest nudna i nędzna. Brak czasu na samorozwój, brak czasu na uczenie się nowych rzeczy, brak czasu na spędzanie jakościowego czasu z partnerem/partnerką – to wszystko sprawia, że rodzicielstwo jest jałowe, nędzne i nudne. W efekcie na łożu śmierci myśli się tylko o tym, jak to zmarnowało się swoje życie. No ale nie mówię, że to złe, każdy robi, co uważa : )
Donatello, widzisz teraz, że z takim czymś, jak te moje eksperymentalne wypociny wyżej, trudno jest dyskutować i trudno jest je brać na poważnie? Serio, warto uczyć się argumentować w taki sposób, żeby potok bufonady nie wylewał się z każdego zdania. To sytuacja win-win; dla odbiorcy, bo lepiej się to czyta, i dla Ciebie, bo zyskujesz w oczach innych i jawisz się jako poważny, inteligentny rozmówca.
nie spotkałem jeszcze w życiu osoby, która na łożu śmierci powiedziałaby „och życie było takie krótkie szkoda że nie siedziałem dłużej w pracy, tych straconych nadgodzin już nie da się nadrobić”
Nie rozumiem, jak to się ma do mojego tekstu.
Edyta, ja Cię kobieto podziwiam za cierpliwość… Twój Blog powinien być w kanonie lektur szkolnych żeby pokazać ludziom, że bezdzietni na łożu śmierci też mogą mieć poczucie spełnienia życiowego i poczucie, że przeżyli życie szczęśliwie i tak jak chcieli. Mimo, że nie mieli dzieci.
Nie strasz mnie lekturami szkolnymi:) Do dziś szkoła podstawowa śni mi się czasami po nocach. I nieprzeczytany „Pies, który jeździł koleją::)))
a ja jeszcze nie spotkałam osoby która na łożu śmierci powiedziałaby że „życie jest takie krótkie już nie moge podcierać tyłu drugiemu człowiekowi, znosić krzyków i płaczów o nie :(” bo skoro według Ciebie bezdzietnicy jedyne co robią to nadgodziny to ja mam prawo myśleć, że ty jedynie taplasz się w czyimś gównie. 😉
Nie zostajemy dłużej w pracy, nie wyjeżdżamy na wakacje na początku września lub z końcem czerwca dlatego że tak CHCEMY, ale dlatego, że „dzieciaci” nie wyobrażają sobie, żeby mogli zrezygnować ze swoich co raz szerszych przywilejów – urlopów, „półetatów”, opieki, 500+, 300 na wyprawkę, .urlopów w czasie wszystkich możliwych świąt i długich weekendów, końca i początku roku szkolnego …
Moja koleżanka była na zwolnieniu chorobowym 3 miesiące przed porodem, potem rok macierzyńskiego, potem cztery lata na pół etatu, co skutkowało tym, że praktycznie nie było jej dwa, trzy tygodnie w kluczowych momentach zamknięcia roku (bo przecież Boże Narodzenie z rodziną jej należy się bardziej…). Przez te wszystkie lata pracowałam za dwóch, nie dostając dodatkowo ANI GROSZA.Po powrocie przez wiele lat wyrażała głośne pretensje, że nie zarabia tyle co powinna, bo urodziła dziecko W dzisiejszym społeczeństwie nie jest to kwestia mojego WYBORU, ale koszmarnej nierówności w traktowaniu kobiet w pracy. Wynagrodzenie i emerytura powinny zależeć od tego jak wiele poświęciło się pracy zawodowej a nie wychowaniu dzieci. Od tego drugiego jest przecież inny fakt – dzieci to INWESTYCJA – w bardzo pozytywnym sensie tego słowa!! (a nie wydatek – jak wciskają nam ekonomiści), to one pomogą starszym rodzicom na starość, są więc ich „kapitałem”, to one będą ich pociechą i wsparciem! A ja – skoro ich nie mam i już mieć nie mogę – chciałabym tylko otrzymać uczciwą emeryturę, za czas który poświęciłam w pracy wyręczając jednego czy drugiego rodzica.
Chciałabym dożyć takiego czasu w mojej Ojczyźnie, aby nie być spychaną z tego powodu na margines…
Jak bardzo ograniczoną trzeba być,żeby pisać takie głupoty!
Kobieta w zagrożonej ciąży ma chodzić do pracy. Z porodówki ma pojechać do pracy. Zostawić noworodka i chodzić do pracy. Braku mózgu się nie leczy. Wychowałam dzieci bez bonusów. Wiesz, kobieto (!) ile wysiłku trzeba włożyć w wychowanie dziecka? W niczym mnie nie wyręczałaś. Pracowałam całe swoje życie na siebie i swoje dzieci, jak większość rodziców.
Jestem w szoku, ze ludziom chce sie zwracac az taka uwage na 2% spoleczenstwa.
Tekst swietny!
ma się tak, że mogę przyjąć argument, że brak dzieci = więcej kasy i czasu na hobby i wakacje. i to jest super. ale argumentacja, że można więcej pracować (rzekomo dla społeczeństwa) jest bez sensu. bo po pierwsze, nie widzę zalet dłuższego siedzenia w pracy (mało kto chyba zazdrości pracoholizmu Japończykom), a dwa: „korzyść dla gospodarki” polega m. in. na płaceniu podatku vat przy kupowaniu dóbr. to głupie, wiem ale rząd wolałby mieć więcej obywateli niż mniej. więc jak bezdzietni nie produkują nowych, to minister finansów coś nowe lubi (zwłaszcza, że mu torcie dług zusu). więc finansowa korzyść jest ujemna.
a ogólny dobrostan społeczeństwa też spada (na razie tego nie odczujemy). życzę ci powodzenia za 40 lat w kolejce do lekarza (mechanika samochodowego, kelnera itd) który się nie urodził.
(no chyba, że nie zrozumiałem; zakładam, że stronka jest o propagowaniu nieposiadania dzieci w ogóle, „dla dobra planety” , a nie o nieposiadaniu dzieci w społeczeństwie, w którym inni mają te dzieci mieć, żeby zapewnić instytucjonalne wsparcie dla starych ludzi, którzy nie dostają opieki od dzieci, bo ich nie mają).
Stronka nie jest ani o propagowaniu nieposiadania dzieci w ogóle, ani dla dobra planety. Jest o czymś innym. Wpis też jest o czymś innym. Na pewno nie o tym, że bez dzieci można więcej pracować. To była gorzka ironia.
Donatello, jak ty chłopie niczego nie załapałeś z tego artykułu. Przecież to oczywiste, że bezdzietni siedzą dłużej w pracy, bo muszą, bo tacy jak ty znajdują ciągle mnóstwo wymówek, żeby się urwać wcześniej do chaty. A to dzieciak chory, a to wywiadówka, a to rozdanie świadectw, a to to, a to śmo. Bezdzietny musi zasuwać, bo dzietny ciągle ma jakieś ważne sprawy rodzinne. Myślisz, że to się nam bezdzietnym podoba? Że nie jesteśmy traktowani na równi, tylko ciągle musimy zasuwać za kogoś, kto się rozmnożył?
To tyle, a teraz idę wieść swoje jałowe, nudne życie, pełne koncertów, wypadów do kina, teatru, pełne wyjazdów i cudownych wieczorów przy kominku tylko we dwoje, pełne cudownego seksu, którego nie przerywa płacz dziecka.