
Pisałam już o strefach wolnych od dzieci z przymrużeniem oka (tutaj), dziś poroztrząsam ten temat bez kpin i heheszków. Nie będę jednak zastanawiała się nad tym, czy miejsca ze znaczkiem child-free powinny być, czy nie. One są. Choć nieliczne i nierzucające się w oczy, coraz skuteczniej walczą o klienta. Na ich witrynach – wbrew potocznym wyobrażeniom – nie znajdziemy przekreślonych niemowlaków ani antydziecięcych haseł (takich jak „Zakaz wprowadzania nieletnich”), bo nie są to lokale wrogie dzieciom, ale przyjazne dorosłym. To zasadnicza różnica. O tym, że zapraszają gości od lat dziesięciu, czternastu czy osiemnastu wzwyż, dowiadujemy się najczęściej z dyskretnego opisu zamieszczonego w internecie. Żeby w takie miejsca trafić, trzeba się trochę wysilić, poszperać, posłuchać, co internetowa wieść niesie… Jak to robić i po co? O tym właśnie jest dzisiejszy post.
Po co? Czyli pornografia brzucha
Zapytajmy najpierw: po co? Po jakiego podgrzybka czy innego muchomora tworzyć strefy wolne od dzieci? Żeby na to pytanie odpowiedzieć, odkurzę tomiszcze, które dziś zalatuje antykwarycznym smrodkiem, ale jeszcze pokolenie mojej mamy obficie skrapiało je łzami. Mam na myśli „Przeminęło z wiatrem” Margareth Mitchell. To ciekawa lektura. W drugim tomie Scarlett O’Hara (stuprocentowa zołza nienawidząca dzieci) wychodzi za ciapowatego Franka Kennedy’ego i twardą ręką zarządza jego tartakiem, czym wzbudza sensację wśród konserwatywnych mieszkańców Atlanty. Zarabianie pieniędzy jest przecież takie niekobiece! Jednak za największą nieprzyzwoitość uchodzi to, że mimo ciąży nadal pokazuje się w mieście! W XIX wieku – nie tylko zresztą w Ameryce – brzemienne kobiety siedziały w domach, żeby oszczędzić bliźnim widoku swoich wydatnych, pornograficznych brzuchów. Bo skoro jest brzuch, musiał być seks, a skoro był seks, musi być zgorszenie. Logiczne, nieprawdaż?! Patrzeć na ciążowy brzuch przed stu pięćdziesięciu laty, to jakby dziś oglądać film na RedTubie. A nawet jeszcze gorzej, bo RedTube nie plącze się po mieście w biały dzień i nie włazi przyzwoitym ludziom w oczy. Obrońcy „wartości”, od których roi się w każdej epoce, nie mogli pozwolić na takie wszeteczeństwo, dlatego na różne sposoby uprzykrzali życie powieściowej Scarlett i jej historycznym odpowiedniczkom. Niewiasty w stanie błogosławionym (słowo „ciąża” uchodziło za nieprzyzwoite) miały siedzieć w domach i szykować wyprawkę! Również w Polsce, zwłaszcza na wsi, ciężarne kobiety podlegały izolacji społecznej i obrzędowej. Spotkanie ciężkiej baby w drodze na jarmark źle wróżyło transakcjom handlowym, niedobrze też było minąć taką na kładce albo wracając z pola. Posłać na pole – jeszcze gorzej! Pech murowany! A zatem ciężkie baby siedziały w chałupach i czekały na rozwiązanie.
Mieszczańskie szlabany
W czterech ścianach siedziały również baby nieco lżejsze, czyli po porodzie – a przynajmniej te, których głód nie wygonił na służbę, do fabryki lub na ulicę. Od początku epoki przemysłowej życie cnotliwej kobiety – żony i matki – toczyło się w domu: w miejskiej kamienicy albo willi na sennym przedmieściu. Przestrzeń publiczna w całości należała do mężczyzn, tylko z rzadka pojawiały się w niej jakieś zbuntowane babie niecnoty. Za takie uchodziły oczywiście prostytutki i utrzymanki, ale także kobiety, które zdecydowały się na życie w pojedynkę, podejmowały próby samodzielnego zarobkowania albo pchały się w miejsca przeznaczone dla panów. Po mieszczańsku urządzona przestrzeń pełna była niewidzialnych murów, barier i szlabanów. Jak pisze Agnieszka Dauksza w arcyciekawej książce Kobiety na drodze. Doświadczenie przestrzeni publicznej w literaturze przełomu XIX i XX wieku, epokę przemysłową cechuje silny lęk przed chaosem, stąd tak wyraźne zarówno w relacjach społecznych, jak i w kształtowaniu przestrzeni dążenie do porządkowania, selekcjonowania i kategoryzowania. Panie na prawo, panowie na lewo. Dzieci dołem, młodzież męska górą, panienki osobno! Nie mieszać się, nie przekraczać barier, nie robić bałaganu…

W Polsce podział na przestrzeń prywatną i publiczną przetrwał krach burżuazyjnego świata i odrodził się w epoce PRL-u. Socjalistyczne kobiety co prawda wyległy z domów i zaczęły pracować, ale macierzyństwo na powrót spychało je w sferę domową, odcinało od świata, skazywało na dziecięce pokoje, ogródki jordanowskie, place zabaw i morderczą nudę piaskownicy. Powszechnie uważano wówczas, że matka Polka w sposób naturalny predestynowana jest do domowej opieki nad dzieckiem, dlatego nikt nie ubolewał nad tym, że nie może wpakować się z wózkiem do tramwaju albo wyskoczyć na wuzetkę do pobliskiej kawiarni. Przemycenie dziecka do kasyna, restauracji czy filharmonii było tylko ciut mniej ekscytujące niż szmugiel fajek i alkoholu. Takie wyprawy zapadały w pamięć, zwłaszcza dzieciaków występujących w charakterze kontrabandy. Do dziś mam w nozdrzach ciężki nikotynowo-kawowy aromat, unoszący się w bardzo dorosłej „Ratuszowej”, do której od czasu do czasu zabierała mnie zdesperowana mama. Siedziałam tam cicho jak mysz pod miotłą i próbowałam rozwikłać jedną z największych zagadek maleńkiej ludzkości – dlaczego w kawiarniach cukier występuje w postaci kostek, a nie kryształków?
Uwolnić matki
Nasza walka o prawo do użytkowania przestrzeni publicznej zaczęła się już w połowie XIX wieku i trwała bardzo długo. Właściwie trwa do dziś. Kobieta, która została zgwałcona, wciąż musi się tłumaczyć, dlaczego „włóczyła się” nocą po mieście albo biegała wieczorem po parku. Do gwałciciela nikt jakoś nie ma pretensji o to, że polazł późną nocą w miasto. Jak pisze Agnieszka Dauksza, prawo do wychodzenia z domu…
(…) wydaje się nie tyle ‹wywalczone› podczas publicystycznych polemik czy ulicznych demonstracji, ‹uzyskane› wskutek merytorycznych negocjacji czy ‹przyznane› przez jakiegoś legislatora, co przede wszystkim mozolnie wychodzone krokami niezliczonych kobiet, które wbrew wielu czynnikom decydowały się być pośród ludzi…
Wydeptałyśmy sobie tę wolność! Stopniowo oswajałyśmy miejską przestrzeń, wychodziłyśmy z domu, by się uczyć, pracować w wymarzonych zawodach, bywać w kawiarniach, a nawet – łojezu! – w podejrzanych spelunkach. Uczestniczyć w pikietach i rozrabiać podczas demonstracji politycznych. Jednak przez długie lata przywilej ten dotyczył tylko kobiet, nie kobiet-matek. Wydeptywanie prawa do przebywania w publicznej przestrzeni wraz z małymi dziećmi to ostatni etap tej długiej kobiecej batalii. Na szczęście – zakończony sukcesem! Dziś matka (lub ojciec) może wziąć dziecko pod pachę i iść z nim, gdzie dusza zapragnie: w góry albo na wieczorek literacki, na koncert, do restauracji, siłowni lub na wiec polityczny. Może uczestniczyć z dzieckiem w maratonach i podróżować z nim dookoła świata. Może zabrać je do biura, na plan filmowy i na obrady Parlamentu Europejskiego. Może z nim pojechać, polecieć albo popłynąć. Nie byłoby tej matczynej wolności, gdybyśmy wszyscy nie zgodzili się, że zarówno matki, jak i małe dzieci mają takie samo prawo do przebywania w publicznej przestrzeni jak każdy inny człowiek.
To właśnie dzięki tej mentalnej zmianie w miastach zaczęło przybywać miejsc przyjaznych mamom z pociechami. Wolno, bo wolno, ale znikają bariery architektoniczne, pojawiają się niskie krawężniki, podjazdy dla wózków, przewijaki w miejscach publicznych, windy i wygodne tramwaje. Jak grzyby po deszczu wyrastają restauracje rodzinne i kawiarnie o wdzięcznych nazwach MamaMia czy Uwolnić Matkę, gdzie można znaleźć przewijaki, miejsca do karmienia piersią, pieluchy i darmowe wilgotne chusteczki. Mamy coraz więcej parków, siłowni dla aktywnych rodziców, przybywa muzeów interaktywnych i multimedialnych bibliotek, które najchętniej zapraszają rodziny z dziećmi. W hotelach, pensjonatach, agroturystykach i lusksusowych restortach bez trudu znajdziemy atrakcje i udogodnienia dla maluchów. Rodzice nie muszą już kisić się w domach czy na zapyziałych placach zabaw. Świat należy do nich!

BEZ-DZIECI.PL, czyli własny pokój dla dorosłych
Skutkiem ubocznym wyzwalania się matek z domowej niewoli jest zanik „pełnoletnich przestrzeni”. Przez całe stulecia ludzie dorośli (niestety, głównie mężczyźni) mieli swoje miejsca, swoje sprawy, swoje rozrywki i swój język. Dziś z tego bogactwa zostały nam jedynie imprezy dla swingersów, pijackie mordownie, burdele i kluby go-go. Marna oferta! Kto nie chce uprawiać pijaństwa czy rozpusty, a szuka enklawy dorosłości, będzie miał pod górkę. Emancypacja i dzieciocentryzm skazały nas bowiem na nieustanne przebywanie z dziećmi, obok dzieci, dla dzieci i z myślą o dzieciach. Bez prawa łaski. Nic dziwnego, że niektórzy (nie tylko bezdzietni) zaczęli kombinować, jak by tu uciec od tego wszędobylskiego i hegemonicznego DZIECKA. Tak jak kiedyś kobiety, tak dziś dorośli zatęsknili za „własnym pokojem” – miejscem, gdzie nie musieliby przejmować się siedzącymi obok maluchami, nie byliby narażeni na hałas, szturachnie, pożeranie uwagi czy dzikie harce w wykonaniu nieletnich. To dlatego przybywa lokali adults-only! Z autentycznej potrzeby, a nie z nienawiści do dzieci czy z niechlubnego nawyku dyskryminacji INNEGO, na przykład mniejszego od siebie.
Jak ich szukać? Można oczywiście samodzielnie przeczesywać internet, ale po co? Lepiej (i wygodniej) skorzystać z aplikacji Bez-Dzieci.pl, stworzonej niedawno przez zespół informatyków skupionych w ZBC Labs. Wystarczy wpisać w okienko, czego się szuka: kawiarni, klubu, restauracji, agroturystyki czy pensjonatu, i rach, ciach – dostajemy pożądane adresy! Apka pomaga też zlokalizować miejsca child-free w naszej najbliższej okolicy. Jak zaznaczają jej twórcy, aplikacja ma służyć wszystkim, również rodzicom, którzy pragną odsapnąć od maluchów.
– Nie wszystkie miejsca są dostosowane do najmłodszej klienteli – mówią członkowie zespołu ZBC Labs. – Taka apka to również informacja dla opiekunów, że pewne lokale mogą być dla ich dzieci niewskazane.
Twórcy aplikacji Bez-Dzieci.pl nie mają wątpliwości, że restauracje czy pensjonaty child-free to dobry pomysł.
– Muszę czasem odetchnąć – tłumaczy jedna z pomysłodawczyń apki. – Jestem młoda, a mimo to czuję taką potrzebę. Codziennie w pracy zmagam się z chaosem, dociera do mnie mnóstwo bodźców. To mnie męczy. Dlatego od czasu do czasu po pracy chciałabym zaszyć się w cichym i spokojnym miejscu.
– Specyfika pewnych spotkań wymaga spokoju i odpowiedzniej atmosfery – dodaje inna. – Oświadczyny czy ważne spotkania biznesowe lepiej zaplanować w restauracji wolnej od dziecięcych krzyków.
Wszyscy zgodnie zastrzegają, że apka pomagająca namierzyć knajpki tylko dla dorosłych nie ma nic wspólnego z niechęcią do dzieci czy propagowaniem antynatalizmu.
– Teraz jest trend równościowy – mówią – i stąd się może brać niechęć do takich inicjatyw. Ludzie postrzegają je jako dyskryminujące czy segregujące. Ale my nie chcemy dyskryminować jednej grupy, tylko umożliwić komfortowe funkjconowanie wszystkim.

Kto tu kogo dyskryminuje
Katarzyna Archanowicz w szkicu Matka Polka chce uciec z getta, czyli rodzic w wielkim mieście zauważa, że „(…) światy dziecięcy i niedziecięcy stosunkowo łatwo funkcjonują obok siebie w bezpiecznej odległości, na zasadzie swoistych gett – terytorialnych i czasowych, czego przykładem są specjalne, przyjazne dzieciom miejsca lub też przeznaczony dla nich konkretny czas. I gdy tę granicę można łatwo postawić, większość czuje się usatysfakcjonowana”. Co prawda we wnioskach autorka niechętnie odnosi się do tworzenia przestrzeni wolnych od dzieci (nazywa to gettoizacją), ale może jej spostrzeżenie warto wziąć sobie do serca? Nie chodzi o tworzenie jakichś rodzinnych czy bezdzietnych gett na wzór dziewiętnastowieczny, ale o wsłuchanie się w potrzeby obu stron tego sporu. Wolność matek jest faktem, nikt już się na nią raczej nie zamachnie. Wprost przeciwnie! Obserwując miejskie trendy, przewiduję, że przestrzeni i udogodnień dla rodzin z dziećmi będzie przybywać. Zamiast więc krytykować miejsca child-free i dowodzić, że wykluczają one dzieci z przestrzeni publicznej, doceńmy to, że matki z małymi dziećmi w tę przestrzeń publiczną właśnie zostały włączone. To olbrzymia zdobycz nowoczesności i feminizmu. Jeżeli komuś tej wolności za mało, niech zaangażuje się w walkę z istniejącymi (wciąż jeszcze!) barierami architektonicznymi, brakiem przewijaków w lokalach usługowych i urzędach czy deficytem miejsc, gdzie można spokojnie nakarmić dziecko. Takie niedogodności rzeczywiście wykluczają matki małych dzieci z miejskiej przestrzeni i przyczyniają się do ich gettoizacji. Dyskryminuje z rzadka kursujący tramwaj niskopodłogowy, a nie jedna na tysiąc kawiarnia z ofertą dla osób pełnoletnich. Domaganie się praw do niej w sytuacji, gdy ma się do wyboru tysiąc innych adresów, nie jest walką z dyskryminacją, lecz bezwzględnym i drapieżnym zawłaszczaniem przestrzeni.
Zdjęcia: Luiza Różycka, materiały z fanpage’a Bez-Dzieci.pl

61 komentarzy
Świetny artykuł! Codziennie przechodzę obok wielkiego placu zabaw. Gwar jaki tam panuje jest nie do zniesienia. Myślę, że nie jedna matka po dniu tam spędzonym chętnie wyszłaby z mężem na kolację do miejsca pod szyldem child free?
hej, dzięki! Też tak myślę. Sprzeciw wobec takich miejsc zwykle nie ma nic wspólnego z potrzebami dnia codziennego, wynika głównie z teoretycznych i wydumanych przesłanek – że na przykład po miejscach „bez dzieci” pojawią się takie „bez blondynów”. Ale to czysta abstrakcja.
Bardzo dobry pomysł, myślę że wszyscy będą mogli na tym skorzystać, nawet rodzice 🙂
PrzymrUzeniEM?
Racja. Poprawione. Dzięki! Nawet zawodowej korektorce może coś takiego umknąć;) Najtrudniej dostrzec własne błędy, niestety…
Zwrocilas uwagę na ważny aspekt – jak się dziś kojarzy „adults only”, a przecież rzeczywiście, to nie (tylko) o to chodzi. Zwłaszcza, że kiedyś wystarczyło pójść do dowolnego lokalu na koncert po prostu później,a dziś nawet to nie uchroni. Ostatnio koleżanka świętowała awans. Ku zaskoczeniu mojemu w tym lokalu (dużym, bo to sala taneczna) były dzieci, w tym małe. Ja nie mówię – wesele, pamiętam jako dziecko byłam smutna, że rodzice nie zabrali mnie kiedyś, podczas gdy kuzynostwo bylo, ale sobotnie wyjście? Powiem szczerze – z takich wyjść rezygnowałam lub wygrywałam sie choćby na krótko ale sama z głęboko uzasadnionej potrzeby. To jest niesamowite powrócić do towarzystwa, gdzie nie wszystkie rozmowy tocza się wokół dzieci (przy tym zaznaczę, że poszłam w macierzyństwie na całego, ale przecież nadal jestem intelektualistka, wielbicielka absurdalnego humoru i ciętych point, których w tym momencie moje dzieci jeszcze nie są w stanie zrozumieć).
Cześć, Emilko! No właśnie miałam już dość pisania i czytania w kółko o tym samym – że skoro teraz dzieci, to potem blondynki i niepełnosprawni, i że chodzi o to, by rodzice pilnowali dzieci. Jasne, że dzieci trzeba pilnować, i jasne, że nie wszyscy chcą/będą to robić. Nie w tym rzecz, byśmy w poszukiwaniu ciszy i dorosłej atmosfery szli do restauracji familijnej i modlili się nad szparagami, by rodzice, którzy przyprowadzili swoje pociechy, stanęli na wysokości zadania:) Odsapnąć od dzieci czasem trzeba, nawet jak się je nad życie.
A swoją drogą, historia zdobywania przez kobiety publicznej przestrzeni jest naprawdę bardzo ciekawa. Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić sytuacji, gdy nie mogę chodzić swobodnie po ulicach, zaglądać do knajpek, korzystać z siłowni, spotykać się z ludźmi… A nasze przodkinie nie mogły, jeszcze całkiem niedawno… Brrrrrr!
To prawda, mamy olbrzymią wolność, co przecież nawet dzisiaj w wielu częściach świata jest niewyobrażalne. W wielu trzeba się poruszać z męskim towarzyszem, nawet jeśli jest to dorastający syn, o innych aspektach nie wspomnę. Ale czasem mi się wydaje, że to i u nas pokutuje. Ja np. często jeżdżę bez męża, już zdazylam rodzinę do tego przyzwyczaić, ale mimo to ma to taki posmak „sama? nie układa im się?”. Wiele kobiet pisze, jak czeka z dzieckiem / dziećmi na powrót męża. I może mi łatwo mówić, bo duże miasto ma możliwości, ale ja dusiłam się w domu i po prostu zabierałam mała i wychodziłam. Wcale nie po kawiarniach, bo nie było mnie stać, ale po parkach, placach zabaw, póki była w chuście to też zdarzyło mi się jakaś wystawe zaliczyć, do biblioteki (wiem, że właśnie wygląda na to, że zaklocalam strefy „adults only”, ale jak pisze, dopóki mogłam, kiedy nadszedł wiek mobilności i buntu musiałam z takich rozrywek zrezygnować tymczasowo). Było dla mnie tak samo naturalnym, że jeżdżę sama jako studentka, jako młoda mężatka i jako matka, że dopiero z czasem uświadomiłam sobie, że dla wielu takim naturalnym to nie jest. Nigdy nie byłam Penelopa, raczej Odyseuszem. W jednej, mniej znanej książce autorki Ani z Zielonego Wzgórza, bohaterka mówi, że wolnością jest kichanie, kiedy najdzie na to ochota, co wywołuje konsternację wśród jej rodziny, mającej jasne wyobrażenie co do tego, jak kobiety, a tym bardziej dwudziestokilkuletniego „stare panny” winny się zachowywać. Dużo się zmieniło, ale jakieś konwenanse jeszcze tkwią w naszych glowach.
Tkwią. Niestety. W mojej głowie na przykład tkwią bardzo dokuczliwe szlabany – ale niezwiązane z konwenansami. W wieku 6 lat miałam dość nieprzyjemne spotkanie z facetem, który coś mi zapragnął zrobić w ciemnej piwnicy. Diabli wiedzą co, bo trzasnęły drzwi na górze i koleś się przestraszył, a ja żywa wylazłam z tej tiurmy. Jednak przez wiele następnych lat miałam zespół stresu pourazowego, co było o tyle straszne, że nikt mi nie wierzył w tę historię z piwnicy, nikt też w tamtych czasach nie mówił o PTSD. Po wielu latach studiowałam interwencję kryzysową i dopiero wtedy zrozumiałam, co się ze mną działo. Dlaczego o tym piszę? Bo tamto traumatyczne wydarzenie na zawsze zaburzyło moje postrzeganie przestrzeni. Wtedy, gdy spotkałam na ulicy tego faceta, po raz pierwszy sama wyszłam z domu – bez opieki mamy. Po zakupy. Do dziś, gdy wychodzę z domu, czuję lęk. Oczywiście chodzę i jeżdżę sama, ale tę wolność okupuję sporym stresem. Tym bardziej więc ją cenię:)
A z innej beczki. Właśnie po to moim zdaniem są miejsca adults only, żeby mamy mogły sobie swobodnie chodzić z maluchami do biblioteki, muzeum czy innych przybytków rozrywki i kultury. Niech się mamy urywają z domu, a dzieciaki uczą, jak świat wygląda:) A jak ktoś chce odpocząć od dzieci, to idzie sobie do knajpki childfree i wszyscy są szczęśliwi. Wydaj mi się, że takie rozwiązanie jest dobre dla wszystkich:))
Straszna historia. W oparciu o moje doświadczenie z tego okresu, trochę mogę sobie wyobrazić, dlaczego nikt się tym nie przejął tak, jak powinien. W końcu „nic się nie stało”, oczywiście z tamtego punktu widzenia, bo jednak w tych czasach mało kto mówił o szkodach psychicznych, a jeśli już, to po „wielkich tragediach” typu „żona go rzuciła, więc pije”. A dzieci? No cóż, czasem mijają się z prawda, przesadzają itp. – w tym tonie oceniano nasze wypowiedzi. Mnie i koleżankę gonił kiedyś jeden typ, który zadawał nam dziwne, dla nas wtedy niezrozumiałe pytania i kiedy dotarlysmy do mnie, a ja jak zawsze w sytuacjach kryzysowych śmiałam się, nikt nie wziął nas poważnie. Pamiętam, jak musiałam dostać na koloniach ataku histerii, by nie dano mi penicyliny, na którą jestem, i o tym jako dziecko wiedziałam, uczulona. Jak nie uwierzono mi, że muszę jechać z bratem w jednym autokarze, bo ma chorobe lokomocyjna i jest mały. Dopiero po małej katastrofie panie przybiegły do mnie, by mi… zarzucić, że nic nie powiedziałam, a ja rozpaczliwie próbowałam im to wyjaśnić przecież, tylko nikt mnie, dziecka, nie słuchał. To są banalne przykłady, ale tak właśnie było – małych dzieci, a szczególnie dziewczynek nie słuchano. I znowu nie na temat, a może bardzo na temat się rozpisalam. W sumie chodzi o to, by nasz głos się liczył, niewazne w jakiej kwestii
Masz rację. Wiem, że to były zupełnie inne czasy, dlatego przez myśl mi nie przeszło winić kogokolwiek. Przeżyłam. Nie chodziłam do szkoły, jak moja koleżanka z klatki była chora, miałam straszne sny, flashbacki, wpadałam w panikę, gdy mijałam piwnice… Trwało to kilka lat, ale minęło. I dziś, jak sobie o tym pomyślę, to wiem, że niewiele jest rzeczy, z którymi sobie nie poradzę. Skoro, mając kilka lat, poradziłam sobie z czymś takim. To swego rodzaju zysk – wiara w siebie. Nietrącąca zadufaniem czy brawurą. Przeświadczenie, że mam w sobie siłę, choć niekiedy głęboko ukrytą i nieźle zakamuflowaną:))) Dobrze, że teraz podejście do dzieci się zmienia, że traktuje się je znacznie poważniej niż kiedyś. I że się głośno mówi o takich okropnościach. Bo milczenie służy jedynie katom i rozmaitym zboczeńcom.
No i już po spotkaniu. Ekscytacji miałam co nie miara! Przyszedł pan, który próbował mi udowodnić, że jestem głupia, niedojrzała i nigdy nikogo nie kochałam (bo oczywiście prawie ćwierć wieku udanego małżeństwa zbudowałam na jakichś emocjonalnych pustakach, broń Boże na miłości!). Usłyszał trzy zdania na krzyż i już wie! Alleluja! Więcej takich geniuszy, a ludzkość podbije Wszechświat:)
Mam nadzieję, że dla takich mędrców stosujących przemoc emocjonalną jest specjalne miejsce w piekle…
Kiedy byłam dzieckiem, byliśmy uczeni, że przy stole należy siedzieć spokojnie, nie krzyczeć, nie mlaskać, nie wtrącać się, kiedy dorośli rozmawiają itd. Nie przypominam sobie, żeby ktoś z nas wówczas odważył się biegać i głośno domagać uwagi otoczenia będąc w miejscu publicznym czy u cioci na imieninach. Współcześnie można odnieść wrażenie, że rodzice (oczywiście nie wszyscy) nie stawiają dzieciom żadnych barier. Więc chyba faktycznie pora, żeby te bariery postawił ktoś inny.
Hm… Ten pan chyba próbował coś sobie załatwić ze sobą, niestety Twoim kosztem…
Jakieś (może bolesne) struny poruszasz w ludziach, że nie jesteś im obojętna. 😉 Bo na spotkania himalaistów pewnie nikt nie chodzi, aby im nawrzucać, jacy są próżni, niedojrzali, hedonistyczni… 😉 Smutne, że taki jeden „geniusz” potrafi zaburzyć urok fajnego spotkania, sukcesu. Olać go i tyle. 😉
Pewnie, że olać. Zupełnie nie przejmuję się takimi typami. To fenomenalne, że ludzie przyznają sobie prawo do takich zachowań, ale to ich problem, nie mój. Od dawna nie czuję potrzeby niczego takim udowadniać. Ciekawe doświadczenie i tyle:) Ostatnio było za miło i za grzecznie. Aż się zaczęłam niepokoić;)
Fajny artykuł, świetny pomysł z aplikacją. Edytko, blog się rozwija, co mnie ogromnie cieszy. Trafisz do main streamu za jakiś czas. 🙂 Piękna polszczyzna, rzetelnie treści – blog ma wysoką jakość. 🙂
Od siebie dodam, że jeśli chcecie wyjechać na urlop, to są nawet całe hotele child-free, tzw. adult hotels, które przyjmują tylko dorosłą klientelę. Ja zamawiam poprzez holidaycheck.de, w filtrach można wybrać hotele dla dorosłych (jeśli są opcje w danym kraju). Polecam Egipt: Premier Le Reve Hotel & Spa – Adults only 5 star hotel. 😉 Albo: Steigenberger Coraya Beach – Adults only 5 star hotel. Również Royal Savoy czy Hilton w Egipcie to dwa hotele-kurorty tylko dla dorosłych.
Gdy u nas dopiero się o tym mówi, niemal przepraszająco, tłumacząc, że nie chodzi o dyskryminację, to w tym samym czasie ludzie z innych krajów bawią się w najlepsze, i nawet nie wpadnie im do głowy, że pragnienie, by wypocząć luksusowo, bez wrzasków pluskających się dzieciaków, może być źle kojarzone. C więcej, mam poczucie, że w strefach tylko dla dorosłych ludzie sami postanawiają się wyciszyć, zwolnić tempo, delektować się chwilą, takie slow life – slow food. Ta atmosfera bardzo mi się podoba.
Dodam, że akurat jestem w Tokio, i właśnie wróciłam z lunchu w biurowcu, którego podziemne kondygnacje pełne są knajpek i kawiarenek, w których stołują się japońscy pracownicy firm i korporacji. Takich miejsc i dzielnic biurowych jest więcej, matki z dziećmi tu raczej nie bywają, co też nikogo nie oburza. Mało tego, gdy Japonka jedzie metrem z dzieckiem, oboje zachowują się nienagannie. Kultura nie pozwala na to, aby przeszkadzać innym, i dzieci uczy się tego od najmłodszych lat. Gdyby dziecko zaczęło dokuczać innym pasażerom, czy hałasować, matka upomniałaby je prędko i przeprosiła innych, zawstydzona takim nietaktem. Polska mentalnie jest w zupełnie innej bajce, matki bywają roszczeniowe, potrafią wraz ze swym przychówkiem zdominować przestrzeń, a krzywo patrzy się na spokojnego dorosłego osobnika, który domaga się delikatnie, by jakieś dziecko nie hałasowało mu nad głową, gdy ten je posiłek/pije kawę.
Eh, Tokio… Rozmarzyłam się przy twoim komentarzu. Ja w tym roku naw