
Foto: Pexels.com
Dziś tekst bezdzietnikowej czytelniczki – Mini. Absolutny must read dla wszystkich dzietnych i bezdzietnych. O składkach, zusach i emeryturach, a właściwie o ich braku (na poważnie, nie tak szyderczo jak tutaj). Kto choć raz usłyszał, że cudzie dzieci będą pracowały na jego emeryturę, niech czyta. Kto choć raz powiedział coś takiego osobie bezdzietnej – tym bardziej!
„Moje dzieci będą pracowały na twoją emeryturę!” Konia z rzędem temu, kto jako zadeklarowany bezdzietny nigdy tego zdania nie usłyszał. Jak to w końcu jest? Dlaczego cudze dzieci miałyby na nas pracować? Czy rodzice słusznie mają do nas pretensje? Przyjrzyjmy się temu zagadnieniu bliżej, bo mam wrażenie, że ta wyświechtana formułka pada przy byle okazji, a mało kto zastanawia się nad sensem tego stwierdzenia w odniesieniu do obecnych realiów.
Jak działa system emerytalny?
W Polsce mamy repartycyjny system emerytalny, którego długoterminowa stabilność opiera się na utrzymaniu równej proporcji osób pracujących do emerytów i rencistów. Starzejące się społeczeństwo oznacza destabilizację tego systemu i finansów państwa. Dzieje się tak dlatego, że składki emerytalne pracującej części społeczeństwa nie są gromadzone na indywidualnych kontach ZUS, tylko na bieżąco przekazywane są na poczet utrzymania aktualnych emerytów i rencistów. W ZUS znajdują się wyłącznie zapisy księgowe, które umożliwiają wyliczenie odpowiedniej wysokości emerytury danej osoby po zakończeniu jej aktywności zawodowej. Można więc powiedzieć, że osoba, która dziś pracuje i płaci składki, w pewien sposób „pożycza” państwu pieniądze na wypłatę aktualnych emerytur i oczekuje „zwrotu” tych środków po przejściu na emeryturę.
Można to porównać do założenia lokaty terminowej w banku. Jest to oczywiście bardzo duże uproszczenie, ale chodzi o wskazanie pewnej analogii. Wpłacając pieniądze na 6-miesięczną lokatę, przekazujemy bankowi swoje środki do dyspozycji. Zebrane środki bank inwestuje, przekazuje na wypłaty lokat i udziela kredytów innym klientom. Po upływie terminu naszej lokaty oczekujemy zwrotu naszych środków z odsetkami. Nie mamy wpływu na to, w jaki sposób bank obraca naszymi pieniędzmi i co z nimi robi – ma nam je oddać i tyle. Bank jako instytucja finansowa naszpikowana ekspertami ma profesjonalną wiedzę i wszelkie narzędzia niezbędne do tego, aby zadbać o swoją płynność i móc oddać klientom „pożyczone” od nich pieniądze. Nikogo nie interesuje, w jaki sposób to zrobi.
Z państwem jest podobnie. To państwo ma obowiązek tak gospodarować środkami, aby nie brakowało pieniędzy na wypłaty emerytur i aby zrealizowane zostały zobowiązania państwa wobec obywateli. Ma ku temu wszelkie narzędzia, takie jak np.: możliwość uchwalania odpowiednich ustaw, reformowania systemu, zarząd nad Skarbem Państwa i polityką fiskalną, rzeszę profesorów i ekspertów. Wymieniać można w nieskończoność. Obywatele, o ile nie są prezesem ZUS albo ministrem finansów, nie powinni martwić się o to, skąd ZUS weźmie pieniądze na wypłaty. Mają prawo ufać, że państwo wdroży odpowiednie rozwiązania, aby zapewnić płynność w tym zakresie i zwrócić im na starość ich ciężko wypracowywany przez wiele lat kapitał emerytalny.
Przy takim (moim zdaniem słusznym) postawieniu sprawy padająca często z ust bezdzietnych odpowiedź: „Ja sam/sama pracuję na swoją emeryturę!” wcale nie jest pozbawiona sensu, jak się wielu osobom do tej pory wydawało.

Ale idźmy dalej. Aby istniała zastępowalność pokoleń, pozwalająca swobodnie utrzymywać nasz system emerytalny, wskaźnik dzietności nie może spadać poniżej 2,1. Oznacza to, że z pokolenia na pokolenie statystyczna kobieta w wieku rozrodczym powinna rodzić przynajmniej dwójkę, trójkę dzieci. Niższy wskaźnik oznacza, że dzieci rodzi się mniej niż w pokoleniu rodziców, a więc ogólna populacja spada. W Polsce aktualny wskaźnik dzietności wynosi ok. 1,3 i od ponad 30 lat jest zbyt niski. Ale malejąca populacja to niejedyny kłopot. Dodatkowo rośnie tzw. wskaźnik obciążenia demograficznego, który jest stosunkiem liczby osób w wieku nieprodukcyjnym do liczby osób w wieku produkcyjnym. Prognozy wskazują, że w 2050 r. (czyli raptem za 30 lat, kiedy to wielu dzisiejszych 30-40 latków będzie szło na emerytury) na 100 osób pracujących przypadać będzie ok. 80 (!) emerytów. Dla porównania jeszcze w 2013 r. ten stosunek wynosił ok. 20 emerytów na 100 osób pracujących.
Kroczymy ku katastrofie
Powiedzieć, że prognozy demograficzne są dla Polski alarmujące, to nie powiedzieć nic. Stoimy nad przepaścią! To efekt m.in. wielu lat demograficznych trendów kompletnie niewpisujących się w obecny system emerytalny – m.in. postępującej emigracji zarobkowej, coraz większej średniej długości życia i spadającego na łeb na szyję wskaźnika dzietności. Skutek jest taki, że od lat kwota wpłacanych składek i podatków jest znacząco niższa niż kwota wypłacanych emerytur. ZUS od dawna nie ma wystarczających środków na wypłaty bieżących emerytur, a więc budżet państwa musi dopłacać potężne kwoty, aby te wypłaty zostały zrealizowane. Roczne dotacje z budżetu państwa tylko w celu pokrycia wypłat emerytur idą w miliardy. Proporcja składek, które otrzymuje ZUS, do wypłat, które musi zrealizować przy obecnej demografii, nie ma szans zmienić się na korzyść tych pierwszych, nawet gdyby wszystkie egoistyczne bezdzietnice w tym kraju masowo zaczęły rodzić. Już dzisiaj przeciętna emerytura w Polsce to niecała połowa średniej pensji, a osoby, które przejdą na emeryturę za 20 lat, w najlepszym przypadku dostaną głodowe świadczenia. Aktualny system emerytalny kroczy ku bankructwu.
Utrzymywanie tego systemu bez diametralnych, ale spokojnie przeprowadzonych reform dostosowanych do obecnych realiów to dalsze powiększanie zobowiązań i pomnażanie zadłużenia. Każda nowa osoba wpuszczona do tego systemu to kolejny potencjalny przyszły emeryt poszkodowany przez państwo niebędące w stanie wypłacić mu emerytury, na którą latami ciężko pracował. System ten już dawno powinien zostać zreformowany. Według wielu ekonomistów należałoby stopniowo odchodzić od obowiązkowych składek ZUS na rzecz większej swobody wyboru sposobu oszczędzania na własne emerytury. Takich sposobów może być wiele, na przykład oszczędzanie w prywatnych funduszach inwestycyjnych, inwestowanie w nieruchomości czy nawet odkładanie w ZUS. Mówiąc w skrócie: przyszli emeryci powinni móc wziąć sprawy swojej emerytury we własne ręce, a jeśli nie chcieliby sami odpowiadać za wypracowanie sobie kapitału emerytalnego, bo np. nie mają odpowiedniej wiedzy, środków do inwestowania czy chęci, powinni mieć możliwość (a nie obowiązek) oprzeć swoją emeryturę na ZUS.
Czy zatem prawdziwa jest ta wyświechtana formułka mówiąca o tym, że dzisiejsze dzieci będą pracować na emerytury tych okropnych bezdzietnych? Nie. Po prostu powiększą grono oszukanych przez przestarzały, niewydolny, kompletnie niedostosowany do realiów system emerytalny, który jest błędnym kołem i którego w obecnym kształcie już od dawna nie da się uratować.
Kto zawinił i dlaczego nie bezdzietni?
Teraz powinni odezwać się krzewiciele polskiej dzietności i obrzucić błotem tych wstrętnych bezdzietnych, bo kto jak nie oni przez lata doprowadzali do tej katastrofy! Otóż na obecną demografię składa się bardzo wiele czynników, wśród których bezdzietność z wyboru to nieistotny margines. Szacuje się zresztą, że wśród osób bezdzietnych, zaledwie 10% to osoby, które o swojej bezdzietności same zdecydowały. Reszta to osoby mające problemy z płodnością lub te, które nie decydują się na dzieci, bo nie mają stabilnej sytuacji finansowej, stałej pracy, warunków mieszkaniowych, odpowiedniego partnera czy są po prostu samotne. Do tego dochodzi potężna swego czasu emigracja zarobkowa na Zachód czy coraz wyższa średnia długość życia. Czy demografia i stan finansów ZUS poprawiłyby się, gdyby te egoistyczne, zapatrzone w siebie i w swoje kariery bezdzietnice ruszyły tyłki (dosłownie i w przenośni) i zaczęły rodzić dzieci? Według GUS dzisiaj w Polsce rodzi się rocznie o 200 000 (!) dzieci za mało, a bezdzietni z wyboru to promil społeczeństwa, więc niech każdy odpowie sobie sam. Znacznie większą zresztą populację osób tak „bezczelnie” wypinających się na system emerytalny stanowią pary, które zdecydowały się na jedynaka, a jakoś nigdy nie słyszałam, żeby ktokolwiek manifestował wobec nich swoje święte oburzenie i grzmiał: „Moje dzieci będą pracować na waszą emeryturę!”. Swoją drogą, zawsze bawili mnie ludzie, którzy będąc rodzicami, przypinają sobie order obrońcy systemu emerytalnego i zmuszają innych do rozrodu, żeby ów system nie upadł. Osobiście nie znam osoby, która zdecydowała się na dziecko z uwagi na pogarszającą się kondycję ZUS. Raczej powodami są chęć założenia rodziny, instynkt rodzicielski czy emocjonalna potrzeba wychowywania dzieci. Motywowanie swoich rodzicielskich planów kiepskim stanem finansów ZUS i wywieranie presji na innych, żeby z tego tytułu też zaczęli rodzić, kojarzy mi się z sytuacją, w której nie stać mnie na kupno samochodu, chociaż bardzo bym chciała go mieć, więc kupuję sobie rower i zaczynam obrzucać błotem wszystkich kierowców aut za to, że nie dbają o środowisko, sama przy tym pozując na proekologiczną aktywistkę.

W chwili obecnej obrażanie się na demograficzne trendy, próba usilnego ich odwrócenia i udawanie, że prognozy ekonomiczne kłamią albo w ogóle nie istnieją nie przyniesie żadnych skutków. Państwo powinno rozpocząć debatę i prace nad porządną reformą systemu emerytalnego. Tak jak próbuje nadążać za trendami technologicznymi, wdrażając elektroniczne dowody osobiste czy internetowe platformy usług rządowych dla obywateli, tak powinno zacząć gonić zmieniające się trendy w społeczeństwie, demografii, stylu życia i wdrażać rozwiązania dostosowane do tych trendów. Niestety tak się nie dzieje, pomimo tego, że wiedza o fatalnym stanie finansów ZUS jest powszechna. Powodem zapewne jest fakt, że reforma emerytalna to temat nie tylko bardzo trudny w zakresie analizy, wypracowania wieloletniej strategii i jej realizacji, ale także potencjalnie mocno polaryzujący społeczeństwo, budzący niepokój, powodujący utratę poczucia bezpieczeństwa i narażający na ataki władzę, która chciałaby otrzymać poparcie w kolejnych wyborach.
Życzenie, ale nie do złotej rybki
Pozostawienie aktualnego systemu emerytalnego samemu sobie, wiara w to, że demografia w cudowny sposób się odmieni lub głoszenie tez sugerujących, że gdy bezdzietnice wezmą się w końcu do roboty i zaczną rodzić dzieci, system emerytalny ocaleje, jest zaklinaniem rzeczywistości i żałosną próbą zawracania Wisły kijem. Abyśmy dostali emerytury – my wszyscy: bezdzietni i rodzice, a także dzieci tychże rodziców – jak najszybciej musi zostać wdrożona gruntowna, nowoczesna, systemowa, na wskroś przeanalizowana i dokładnie policzona reforma emerytalna. Za wprowadzeniem zmian powinni przede wszystkim opowiadać się rodzice, aby w przyszłości ich dzieci nie musiały pokutować za długi zaciągane przez poprzednie rządy, a na starość żyć z głodowych świadczeń.
Może więc zamiast mącić atmosferę na rodzinnym obiedzie czy zjeździe firmowym tym utartym, wyświechtanym i protekcjonalnym „Moje dzieci będą musiały pracować na twoją emeryturę!”, lepiej usiąść i zastanowić się nad tym, co zrobić dla własnego dziecka, aby w przyszłości mogło godnie żyć i nie musiało oglądać się na innych.
Zdjęcia: depositphotos.com

42 komentarze
„według wielu ekonomistów stopniowo odchodzić od obowiązkowych składek ZUS na rzecz większej swobody wyboru sposobu oszczędzania na własne emerytury.”
Zawsze się zastanawiam, co zdaniem tych ekonomistów powinno się zrobić z milionami osób, które nie będą płacić składek ani oszczędzać na emeryturę. Mają żebrać na ulicach? iść na wycug do dzieci? dostawać emeryturę obywatelską?
Co do meritum – uważam, że świat jest tak zmienny, że skuteczne planowanie w skali kilkudziesięciu lat nie ma sensu. My 30 – 40 latkowie nie wiemy, jaką emeryturę dostaniemy, tak samo jak nie wiemy, jakie będziemy płacić podatki za 30 lat.
Myślę, że my tutaj nie wymyślimy doskonałego systemu, ważne, by zwracać uwagę, że stary jest do wyrzucenia. Niestety, to wciąż nie może trafić ani do polityków, ani do ich wyborców. Reanimowanie tego systemu, który mamy, jest trochę jak naprawianie silnika w samochodzie, który nie ma kół, więc i tak nigdzie nie pojedzie.
A co do solidarności społecznej – zgadzam się, że nigdy nie będzie tak, że wszyscy radzą sobie sami. Solidarność społeczna, na jakiej opierają się systemy emerytalne, jest czymś bezcennym. Jednak – po ponad stu latach funkcjonowania – należy zrewidować jej podstawy, dopasować ją do współczesnego świata. Kto wie, może nawet wymyślić od nowa. Dochód podstawowy jest jednym z tych tematów, które będą się przy okazji takich dyskusji pojawiały.
W Twoim artykule jest sporo błędów merytorycznych i niezrozumienia problemu, ale spoko, nie każdy musi być ekonomistą.
Po pierwsze – porównanie składki emerytalnej do lokaty jest nietrafione. Ty nie pożyczasz pieniędzy „państwu” (czyli w sumie komu?) tylko „wypłacasz” emeryturę swoim rodzicom/dziadkom – i tu nie ma znaczenia czy twoi rodzice/dziadkowie żyją czy też nie, tak jak opłacając OC płacisz bez względu na to czy spowodujesz wypadek czy nie. Jak sama wspomniałaś w ZUS-ie pieniądze ze skłądek są wypłacane obecnym emerytom tak jak składki pracujących za 30 lat będą wypłacane nam w formie emerytury.
Teraz pytanie – jak miałaby wyglądać reforma emerytalna? Piszesz o dobrowolności składek. Rocznie wypłacamy emerytom ok 300 MILIARDÓW złotych emerytur. Jeśli nagle wszyscy zrezygnują ze składek skąd weźmiemy takie pieniądze? Odpowiedź: nie weźmiemy bo to niemal cały budżet państwa. Więc skazujemy 10 milionów emerytów na śmierć głodową? Osób, które nie tylko całe życie płaciły składki ale też stworzył nas czyli kolejne pokolenie (bo w pokoleniu naszych rodziców mniej niż 10% było bezdzietnych – w pokoleniu rocznika 76 jest to już prawie 30%). Masz jakiś pomysł jak taka „reforma emerytalna miałaby wyglądać?
Więc tak – teoria że sama pracujesz na swoją emeryturę jest prawdziwa tylko w przypadku gdy odkładasz dodatkowe środki poza ubezpieczeniem emerytalnym. Wtedy – jak najbardziej są to twoje środki, które możesz pożyczyć np bankowi i domagać się zwrotu w dowolnym okresie. Jeśli takowych nie masz to obecne dzieci będą pracowały na NASZĄ emeryturę.
Po drugie – załóżmy że z kapelusza uda nam się jakoś wyciągnąć te 300 mld rocznie i od teraz każdy pracuje „na siebie”. Piszesz o nieruchomościach, obligacjach – whatever. Załóżmy hipotetycznie że wszyscy zostają bezdzietni bo wolą odkładać na „swoją emeryturę” niż wydawać środki i czas na dzieci. Komu sprzedasz lub wynajmiesz swoją nieruchomość jeśli nie będzie po tobie kolejnych pokoleń? Innym emerytom z nieruchomościami? Inaczej, w co byś inwestowała gdyby nie było kolejnych pokoleń? I nie, nie zastąpimy dzieci wychowanych i wykształconych w naszym kraju imigrantami. Nie przypominam sobie by istniał kraj gdzie można do woli podkradać lekarzy, pielęgniarki, murarzy, hydraulików etc. Chyba że chcemy oprzeć naszą gospodarkę na kierowcach ubera.
Po trzecie – przyszłość ziemi to nie przeludnienie powyżej 10 mld tylko wymierająca ludzkość z miliardami osób w wieku geriatrycznym. W zasadzie to rośnie już „tylko” Afryka. Dwie największe nacje – Chiny i Indie, z których pierwsza już się „zwija” a druga ma dzietność na granicy zastępowalności pokoleń i jedzie już tylko siłą rozpędu. Za 15-20 lat rocznie będzie umierać ponad 100 mln osób, czyli więcej niż będzie się rodzić. Oczywiście możemy wyludnić Europę, czy też zasiedlić ja imigrantami ale to jest rozwiązanie na 40-50 lat bo globalny „fertility rate” już jest tylko lekko powyżej zastępowalności pokoleń i z każdym rokiem spada.
I tutaj dochodzimy do „po czwarte”. Prędzej czy później dzietność będzie musiała wynosić ponownie minimum 2,1. Czy stanie się to gdy będzie nas 20 mln czy 200 tysięcy to bez znaczenia. Innej drogi nie ma, każda dzietność poniżej 2 doprowadzi do wymarcia gatunku ludzkiego i końca naszej cywilizacji. Uważasz że taki los powinien spotkać ludzkość? Jedyną znaną nam cywilizację, która ma techniczne możliwości kolonizowania innych planet i potencjał zrozumienia wszechświata w którym żyjemy? A jaki masz pomysł by za 50-100 każda kobieta miała minimum 2 dzieci? Usankcjonowane gwałty? Dzieci w inkubatorach? Kto je wychowa?
I na koniec: ZUS nie jest patologicznym tworem, który potrzebuje coraz większej populacji by istnieć. Wystarczyłaby dzietność na poziomie 2,1 i wiek emerytalny na odpowiednim poziomie by system się bilansował i każdy obywatel mógł spokojnie przeżyć życie w „jako-takim” dostatku zarówno będąc dzieckiem jak i emerytem. System się nie bilansuje bo coraz więcej ludzi decyduje się na bezdzietność. Problemu nie było przy 10% ale przy 30-50% będzie to problem, który będzie musiał być jakoś rozwiązany, obawiam się że obecni bezdzietni mogą bardzo nieprzyjemnie rozczarować się na starość.
Obecna większość ludzkości ma, moim zdaniem, raczej potencjał niszczenia wszystkiego, przerośnięte ego i zawyżone mniemanie o sobie 😉 Ale pomarzyć zawsze można, ah, piękna rzecz… Wiele gatunków już ginęło i, szczerze, dla ekosystemu to jest wszystko jedno, czy jesteśmy, czy nie. To tylko nam się zdaje (z naciskiem na zdaje), że jesteśmy tacy wyjątkowi. Pobudki często, niestety, bolą, ale warto, to poszerza horyzonty 😉
Facet, chyba Cię fantazja trochę ponosi :O Nikt nie mówi, że każdy wybierze bezdzietny model życia, to po pierwsze. Po drugie, aż tak bardzo martwi Cię, że już po Twojej śmierci nie będzie następnych pokoleń? Serio, teraz jest za mało obecnych problemów do rozważenia, gdybanie jest w aż takiej cenie? A nawet jeśli nie będzie, to co? Wiele gatunków ginie, Ziemia się przebuduje i na nisze ekologiczną ludzi najwyżej wejdą inne stworzenia. Jesteśmy tylko jednym z wielu form życia, a budowa rakiet kosmicznych i inne tego typu ”bzdety” nie czynią nas wyjątkowymi. Wystarczy groźniejsza bakteria, albo wirus, i już po ”budowie”. Ludzki noworodek to śmieszna ”małpka” w porównaniu np. z cielakiem antylopy, który wstaje po urodzeniu. Albo z żółwiem, który zaraz po wykluciu musi być samodzielny. Z punktu widzenia całości, wszechświat, bogowie, czy Bóg, czy natura, jak zwał, ”ma w poważaniu”, czy polecisz w kosmos, czy nie, bo i tak po śmierci nie zabierzesz tej ”kolonizacji” ze sobą a nasze ciało rozpadnie się w proch, życzę szczęścia w snach o potędze i nieśmiertelności. To tylko ”Twoje” ego obchodzi, bo zapewniam, że natury (i większej części ludzkości) nie za bardzo. A, że napiszą potem o kimśtam gdzieś coś, a jakie to ma znaczenie, i o bandytach pisali, jak byli na stanowiskach, a o dobrych ludziach bez pozycji nikt nie słyszał, choć żyli. Obecnie ogromna większość interesuje się bardziej kiedy pierdnęła Wisła-Kraków, czy Kaleta dał komuś po twarzy, albo plotki na portalach o durnych niby cebrytach. Za duże jakieś marzenia masz o dzisiejszych ludziach. Naukowców, myślicieli, twórców, w ogóle ludzi o głębszej refleksji, obojętnie, czy to nauczyciel, czy pracownik w budce stróża, naukowiec, czy podróżnik, zawsze była jednak mniejszość, także tego, nie przydawajmy sobie znaczenia. Pisać bzdety na fb, czy insta to każdy dziś potrafi, każdy jeden (i każda jedna) na Nobla zasługuje normalnie, samokryrycyzm level master 😉
Takie jest stanowisko większości bezdzietnych? „Po nas choćby potop”? To gratuluję, serio. Wiesz co? Mnie obchodzi jak potoczą się losy ludzkości tysiące lat po mojej śmierci. I będzie mnie to obchodziło do mojego biologicznego końca. Nigdzie nie pisałem o „swoich” osiągnięciach więc nie wiem co twój argument o samokrytycyzmie ma do rzeczy. Patrzę na ludzkość jako na całość i nie ma znaczenia czy ja, czy moje czy czyjeś dziecko dokona kolejnego przełomu, wiem czyje na pewno niczego nie dokona: bezdzietnych. Oczywiście możesz żyć dalej instagramami, czy widzewem. Nazywanie lądowania na innym globie układu słonecznego „bzdetami” świadczy o twojej całkowitej ignorancji, nie docenianie tego co ludzkość osiągnęła przez ostatnie 200 lat to już ignorancja level master, ale jak sama napisałaś naukowców, myślicieli zawsze była tylko garstka.
O ironię zasługuje fakt, że to nie antylopy czy żółwie tylko te „śmieszne małpki” stoją u progu podboju kosmosu, mogą się komunikować na żywo z osobami z drugiej strony globu, potrafią w kilka godzin przemieszczać się między kontynentami, tworzą sztukę abstrakcyjną, są w stanie tworzyć lekarstwa na wiele nieuleczalnych chorób i do tego cały czas się rozwijają. Wystarczyło zaledwie 100 lat użycia paliw kopalnych by ludzie zaczęli tworzyć odnawialne źródła energii. Mam nadzieję, że gdy będę starcem więcej będzie ludzi patrzących pozytywnie w przyszłość niż takich, którzy chcą tylko się nażreć tu i teraz a po mnie niech se wszystko płonie. Druga połowa XXI wieku to będzie era longtermizmu.
@Marek, jako autorka wpisu odniosę się do kilku rzeczy, które napisałes. Nie całego komentarza, bo mamy tak totalnie odmienne światopoglądy, że dyskusja w komentarzu na blogu jest po prostu niemożliwa.
Ludzkość jest zakałą ten planety, nie jej wielka wartością. Jednostek, które pchają nasza cywilizację do przodu i pomagają zrozumieć wszechświat jest promil. Większość doświadcza lub zadaje mniejsze lub większe cierpienie. Poczynając od milionów głodujących dzieci, które nigdy nie zaznają szczęśliwego życia, poprzez krwawe wojny, które obejmują milionowe społeczeństwa, aż do tysięcy rzeczy w skali mikro: morderstw, gwałtów, przemocy psychicznej, fizycznej, którą ludzie zadają i doświadczają na porządku dziennym. Swoim konsumpcjoizmem doprowadziliśmy do katastrofy klimatycznej, zasypaliśmy śmieciami pustynie i oceany, doprowadziliśmy do wymarcia ogromnych ekosystemów. Jako aktywna obrończyni praw zwierząt nie mogę nie wspomnieć o tym, co jako ludzkość robimy zwierzętom. Jak je hodujemy tylko po to, żeby ginęły w torturach, abyśmy my mogli zjeść sobie „schaboszczaczka”, „kotlecika” albo „kurczaczka”. Jak obdzieramy je żywcem ze skóry, żeby móc kupić sobie modne wdzianko. Jak więzimy je od małego w klatkach, żeby gawiedź miała radochę ze zrobienia sobie zdjęcia z malutkim krokodylem, którego szczęka zakneblowana jest metalowym kagańcem. Jeśli jesz mięso, jak ogromna większość ludzi na świecie, poczytaj sobie jak wygląda proces od hodowli, przez transport, po rzeź zwierząt – smacznego.
Nie widzę żadnej wartości w usilnym przedłużaniu gatunku. A pytanie o to jak przymuszałabym kobiety do rodzenia uważam za obrzydliwe i nawet nie zamierzam się do sugestii tam zawartych odnosić. Bo tylko i wyłącznie kobieta, która chce w danym momencie mieć dziecko – powinna je mieć. Absolutnie żadna inna.
Co do porównania systemu emerytalnego i lokaty w banku. Porównanie jest jak najbradziej trafne, jeśli spojrzysz na nie z perspektywy jednostki, a nie całości (państwa, społeczeństwa, czy przez pryzmat czego tam patrzysz). Ja jako jednostka nie mam żadnego wpływu na to jak wygląda system emerytalny i jak rządy rozporządzają pieniędzmi w ZUSie. Ja mam wpływ tylko na to, ile składek sobie odłożę przez całe swoje życie. I te składki, na które pracuję, rząd ma mi po latch zwrócić. Nie ważne czy kasę na wypłatę weźmie z aktualnie wpłacanych składek, czy zapożyczy się u innych rządów, czy tę kasę dodrukuje, czy może wykopie ją spod ziemi. Nie mam na to wpływu i nie powinno mnie to w ogóle interesować. Rodzenie dzieci dla wskaźników, dla ZUSu, dla zastępowalności pokoleń to perspektywa rządów państw, a nie poszczególnych obywateli. Pokaż mi JEDNĄ osobę, która zdecydowała się na dziecko tylko po to, aby ZUS miał kasę na wypłaty emerytur i aby ludzkość nie wymarła. Co? Nie znasz takiej? Ojoj. No może dlatego, że taka osoba nie istnieje.
Prawdziwy postęp to zrozumienie, że trendy się zmieniają, struktury społeczeństw się zmieniają i to, co działało 100 lat temu, dziś już działać nie będzie, bo dziś są inne realia życia, inna mentalność ludzka, inna długość życia, inny dostęp do edukacji, medycyny itd.
A co do Marsa – mam nadzieję, że nigdy go nie skolonizujemy patrząc na to, co zrobiliśmy naszej planecie.
Jak to, nie skolonizujemy innej planety?! Przecie my ”najlepsiejszy gatunek jest!” 😉 Co z tego, że żadne inne zwierzę nie demoluje planety tak, jak obecni ludzie. Nawet ci ”jadący na węglu” przodkowie, nie wyczyniali tego, co teraz ludzie fundują. Powinniśmy tam lecieć i zaśmiecić kolejny świat!!! Oraz koniecznie wybić tam wszelkie życie, jak je spotkamy, przecież my najlepsi, najwięksi, cud, miód, karmel na ty… lnej szybie statku kosmicznego 😉 Eh, niektórzy to mają o sobie mniemanie. Ciekawe, proch odkryli, namalowali fresk w Kaplicy Sykstyńskiej? A nieee, siedzą po Internecie i się chwalą ;D
Bardzo trafny komentarz Mini. Ludzie mogą sobie roić o swojej wyjątkowości (jak Marek, który zapewne sam niczego nie odkrył, wyjątkowy nie jest, a większość czasu spędza na rozdmuchiwaniu swojego ego w internecie, jak to przeciętny „nowy” facet bez zainteresowań, chyba, że pod zainteresowania podepniemy Insta lub durnowate filmiki na You-Tube) a prawda jest taka, ze jesteśmy pyłkiem na wietrze w skali wszechświata. I żadne loty w kosmos, rozmnażanie na siłę ani inne „osiągnięcia” nie zapewnią nam nieśmiertelności. Czytanie takich „peanów” na cześć ludzkości jest trochę śmieszne. Dzisiejsi ludzie uważają się za Bogów, tylko, że Bóg (lub Natura, jak kto woli) bardzo dobrze często takim delikwentom pokazuje gdzie ich miejsce. To na koniec drogi dól 2 na 2 i skrzynia, albo urna. I się kończy kozaczenie. I nie ma znaczenia, czy ktoś latał w kosmos, odkrył proch, czy żył skromnie w małej chatce. Bóg (natura, jak kto woli) nie umarł… I bawi mnie niepomiernie, to mierzenie czyjejś wartości głownie tylko nauką, odkryciami itp. To jest dobre i ważne, tylko, że w ogólnym rozrachunku nie ma absolutnie żadnego znaczenia. To tylko udogodnienia, poprawiające komfort życia. Nauka (i to często pseudo), odkrycia, aby do przodu, zniszczyć wszystko by budowac cywilizacje (i to nie te dobre odkrycia, przynoszące dobre „owoce), tylko ogólnie, nawet bomby atomowe stały się dzisiejszą „religią”? Na marginesie, praktycznie wszystkie „rozwinięte” cywilizacje, od Rzymu po te starsze, a może nawet te nieznane, upadły… Niezależnie od stopnia ich zaawansowanie, więcej, im bardziej zaawansowane były, tym szybciej upadły (najpierw obyczaje a potem dosłownie). Więc nie ma się chyba czym tak emocjonować. A longtermizm to jakaś nowa choroba? 😀 Uwielbiam język angielski i polski, nie wiem tylko po co kaleczyć oba, robiąc takie bzdurne wyrazy, jak można powiedzieć czysto po polsku, lub po angielsku i to prosto. I nie, nie chodzi o gry słów. Ale cóż, leming mode (ja też tak umiem! i nie, nie chodzi o Lewicowców, ze lemingi) dziś ma wzięcie, „idźmy naprzód” z obecnym poziomem ignorancji, nadęcia i zero pokory, życzę powodzenia 😀 Pośmiać się można z tego, co ludzie wymyślą, żeby sobie dodać do swojej ideologii wspaniałości.
No właśnie. Z najniższej krajowej, czy choćby z mediany, to się tyle odłoży na emeryturę, że ho-ho!
Zawsze się zastanawiam, co zdaniem tych ekonomistów powinno się zrobić z milionami osób, które nie będą płacić składek ani oszczędzać na emeryturę.
To samo co z milionami osób które nadużywają alkoholu, papierosów i prowadzą niezdrowy tryb życia- ich wybór
Do przytoczonych argumentów dorzuciłabym jeszcze :
„moje dzieci będą musiały pracować na twoją emeryturę!”
„a skąd wiesz, że w ogóle będą pracować?”
urodzenie dziecka nie gwarantuje, że w przyszłości będzie ono legalnie pracować w kraju i dokładać się do ZUSu. Może będzie niezdolne do pracy, może zbyt leniwe i jeszcze będzie ciągnąć socjal, może wyemigruje, może będzie pracować na czarno. (jakby do kogoś nie docierało upośledzenie systemu emerytalnego)
Na moją dzieci nie będą musiały pracować. Mój zmarły tata zostawił w ZUSie 200 tys zł składek. Jestem jego jedyną córką, więc tylko ja dziedziczę. Państwo ma kasę na moje luksusowe życie, tymczasem wypłaca mi 600 zł renty, a składki po tacie – kradnie! Wystarczy, że mi je oddadzą, wraz z odsetkami, zamiast trwonić na 500+.
@Dagmara – składki od pensji Twojego Taty poszły na emerytury osób z pokolenia Twoich dziadków, a Twoja renta pochodzi z wpłat dokonywanych współcześnie.
Tak samo chodziłaś do szkoły wybudowanej zapewne z podatków uiszczonych przez poprzednie pokolenia.
To już sprawa rządu, co z tym zrobi. Faktem jest, że okradł mojego tatę i jego spadkobierców, więc nie ma prawa teraz jęczeć, że na ON nie ma pieniędzy. W innych rodzinach pracują oboje rodzice i zarabiają znacznie więcej, więc jeszcze więcej składek zostawiają. Z samych odsetek starczyłoby na leczenie. Wystarczy ludzi nie okradać i dadzą sobie radę bez tej śmiesznej pomocy państwa, której dla ON nie ma, za to jest dla sprawnych, zdolnych do pracy nierobów. :/
BTW, moi dziadkowie całe życie pracowali. Zarobili sobie sami na wysoką emeryturę, której nie dostali, bo pracowali aż do śmierci. A gdyby żyli, też pewnie byliby okradani, na bank dostaliby niższą emeryturę, niż zapracowali. A ich rodzice też pracowali i też zostawili składki. Moi rodzice powinni byli odziedziczyć składki po dziadkach.
I to ZUS po śmierci taty powiadomił moją matkę, że tyle składek zostało po tacie. To są te, których NIE WYKORZYSTAŁ na emeryturę własną. Czyli żywy pieniądz, który mógłby uratować życie jego córce, ale nie uratuje, bo rząd je ukradł. I nie, wcale za te pieniądze nie ratuje życia ON, bo dla ON pieniędzy rzekomo nie ma.
Paradoksalnie nic nie jest „sprawą rządu”, a wszystko sprawą obywateli.
W demokratycznym państwie rząd robi to, co zagwarantuje mu reelekcję a nie to, co powinien – w efekcie prędzej czy później znajdziemy się w sytuacji w której rodzice i dzieci zagłosują przeciwko bezdzietnym stanowiącym mniejszość i tak się skończy sen o „państwie opiekuńczym”. I żeby było jasne, będzie to jak najbardziej uczciwe i sprawiedliwe – dzieci są w pewnym sensie zasobami ludzkimi rodzin do których należą (czy to się komuś podoba czy nie).
Można się oszukiwać i podawać „rozwiązania” ale