
Rys. T. Fontaine (internet)
Przeczytałam właśnie ważną, choć nienową, bo wydaną w 2011 roku, książkę o aborcji „A jak hipokryzja” i doszłam do wniosku, że wybór bezdzietności, podobnie jak dostęp do antykoncepcji i aborcji, jest przywilejem. Dobrem luksusowym, przeznaczonym dla pieszczochów losu. Oczywiście w myśl rozmaitych mądrych dokumentów „wszyscy ludzie rodzą się wolni i równi”, ale niektórzy z nas dostają tej wolności i równości więcej niż inni. Na przykład moja znajoma lekarka, gdy zaszła w niechcianą ciążę, czuła się znacznie mniej skrępowana restrykcyjnymi przepisami ustawy antyaborcyjnej niż Alicja Tysiąc, której zresztą książka „A jak hipokryzja” jest dedykowana. Kilka kliknięć w internecie, dwa tygodnie czekania, chwila kontrolowanego strachu i życie lekarki, jakby nigdy nic, potoczyło się dalej. Gładko. Bez żadnych postaborcyjnych sensacji. Alicji Tysiąc życiowy scenariusz napisali inni – ustawodawcy, ginekolodzy i prześladujący ją proliferzy. To oni zmieszali ją z błotem, odebrali jej zdrowie, włożyli na barki niewyobrażalny ciężar, licytując się przy tym na święte miny i patetyczne pozy, a następnie umyli ręce. Rycerze niezłomni. Łby zakute w aureole.
Krzywda wyrządzona pani Tysiąc tak głośno wołała o pomstę do Strasburga, że w końcu państwo polskie musiało za nią słono zapłacić, ale to odosobniony przypadek. Na co dzień doświadczamy drobnych, pospolitych szykan, o których nie usłyszy żaden sąd ani trybunał, choć ich niszcząca siła znacznie przekracza wartość 1 chazana. Taką szykaną będzie zarówno brak edukacji seksualnej (przynajmniej 5 chazanów, bo może być przyczyną wielu życiowych katastrof), jak i brak autobusu, który zawiózłby nas do ginekologa (plus, minus 3 chazany, jeśli nie boimy się łapać stopa). Zewsząd słyszymy, że mamy prawo żyć po swojemu, i chętnie w to wierzymy, ale wystarczy wyostrzyć uwagę i przyjrzeć się rozmaitym społecznym naciskom i ograniczeniom, by stracić złudzenia. W jednym ze szkiców poświęconych aborcji Agata Chełstowska przywołuje pojęcie sprawiedliwości reprodukcyjnej. Obejmuje ono:
– prawo do tego by mieć dzieci,
– prawo do tego, by ich nie mieć,
– prawo do opieki nad dziećmi, które już mamy,
– prawo do kontroli nad warunkami porodu.
Ponieważ jesteśmy na Bezdzietniku, skupię się na prawie do wyboru bezdzietnego stylu życia. Czy rzeczywiście każdy z nas – bez wyjątku – może z tego prawa skorzystać? Wielu bezrefleksyjnie przytaknie, bo niby co to za sztuka nie mieć dzieci? Nie trzeba się przy tym ani natrudzić, ani napocić. Wprost przeciwnie! Wystarczy leżeć na kanapie (na plaży, pod palmą, w hamaku) i sączyć drinka – tak to przynajmniej wygląda na zdjęciach i obrazkach oznaczonych hasztagiem childfree. Nie zobaczymy na nich kolejek do ginekologa, astronomicznych rachunków za tabletki antykoncepcyjne czy seksistowskich stereotypów wciskanych dzieciom pod przykrywką wychowania do życia w rodzinie. Niestety, w prawdziwym życiu prędzej potkniemy się o stereotyp niż o drinka z palemką, prędzej wylądujemy w kolejce niż na hamaku, warto więc zastanawiać się nad tym, co nas ogranicza. Dlaczego bezdzietność bywa frykasem, na który nie każdy może sobie pozwolić?

Niedostępna antykoncepcja
Przede wszystkim, żeby zrealizować pragnienie nieposiadania dziecka, trzeba mieć swobodny dostęp do nowoczesnej antykoncepcji, a z tym w Polsce bywa krucho. Jak ustaliło Europejskie Forum Parlamentarne ds. Populacji i Rozwoju, dostęp do środków antykoncepcyjnych wynosi u nas tylko 31,5%. To najmniej na kontynencie! Mniej niż w Kosowie, Andorze, Bośni i Hercegowinie, Grecji, Czarnogórze, Słowacji, Gruzji czy Rosji (więcej na ten temat przeczytacie w Polityce). Być może mieszkankom dużych miast ten wynik wyda się mocno zaniżony, bo tam gabinety ginekologiczne są niemal na każdej ulicy. Można przebierać w nich jak w ulęgałkach. Jednak na prowincji sytuacja wygląda zupełnie inaczej, niekiedy wręcz dramatycznie! Z ubiegłorocznego raportu NIK wynika, że większość kobiet z małych miejscowości i gmin nie ma dostępu do ginekologa. Niektóre, aby skorzystać z konsultacji lekarskiej, muszą pokonać nawet 50 kilometrów (więcej o tym tutaj). To prawdziwe wyzwanie w sytuacji, gdy na wielu obszarach Polski połączenia autobusowe przypominają fatamorganę – pojawiają się w rozkładzie jazdy i znikają, a w końcu znika cały rozkład wraz z przystankiem… Mocno utrudniony jest również dostęp do pakietu badań, bez których trudno przepisać bezpieczną dla zdrowia i skuteczną antykoncepję. Prowincjonalne gabinety zwykle nie dysponują nowoczesną aparaturą, znowu więc trzeba szukać stacji lub przystanku, tankować paliwo albo instalować apkę BlaBlaCar…
Brak gabinetów ginekologicznych i znikające z małych miejscowości przystanki, niestety, nie wyczerpują tematu. Żeby stosować antykoncepcję, trzeba mieć na nią pieniądze. Dużo pieniędzy! W 2010 roku przeciętna cena wizyty w prywatnym gabinecie wynosiła od 70 do 100 zł. Dziś stawki są znacznie wyższe, we Wrocławiu dochodzą nawet do 230 zł. Do tego trzeba doliczyć koszt środków antykoncepcyjnych pomnożony przez trzy, bo na jednej recepcie lekarz wypisuje zwykle trzymiesięczną dawkę (czyli średnio 50 zł x 3). Okazuje się więc, że za pragnienie nieposiadania dziecka co trzy miesiące musimy zapłacić od 300 do 400 zł lub – jeśli wybieramy antykoncepcję długoterminową – jednorazowo wybulić nawet 1000 zł. Taki wydatek dla kogoś, kto zarabia najniższą krajową, jest olbrzymim obciążeniem. Niekiedy wręcz – ciężarem nie do udźwignięcia. Rodzi się wówczas pokusa, żeby zagrać w watykańską ruletkę albo po cichu zgodzić się na kinder-niespodziankę.
Presja pronatalistyczna
No dobrze! Załóżmy, że nie mamy problemu z dotarciem do ginekologa i dostajemy na rękę trochę więcej niż krajowe minimum. Ba, być może zarabiamy nawet w okolicach średniej, możemy więc uważać się za krezuski. Idziemy prywatnie, stać nas! Na wizytę w ramach NFZ liczą chyba tylko największe desperatki i te z nas, które lubią poczuć dreszczyk kolejkowych emocji. Jak pisze Izabela Desperak w szkicu Ile to kosztuje? Edukacja, antykoncepcja, aborcja i rynek: „Opieka zdrowotna nad kobietami w ramach NFZ jest trudno dostępna. Choć nie jest potrzebne skierowanie jak w przypadku innych specjalistów, dostęp do ginekologa jest limitowany, tak jak do leczenia specjalistycznego”. Państwo, które domaga się przyrostu naturalnego i przyznaje krzyże zasługi za wielodzietność, tak naprawdę ma nas w dupie. Nas i nasze zdrowie. Olewamy więc państwo i wywalamy na prywatną wizytę gruby hajs. Za dwie stówy, podczas wywiadu lekarskiego, dowiadujemy się, że… czas odstawić pigułki i zajść w ciążę! Że wybór bezdzietnego życia to niedojrzały bunt i niemądra fanaberia. Powinnyśmy dojrzeć emocjonalnie i się rozmnożyć – ku chwale rodziny, ZUS-u i ojczyzny! W gabinetach ginekologicznych przygnębiająco często – zamiast lekarzy – spotykamy kaznodziei, którzy patrzą na nas nie przez laboratoryjne szkiełko i ultrasonograf, lecz przez pryzmat wyznawanej religii lub ideologii (pisałam o tym tutaj). Polska ginekologia jest przesiąknięta katolicką doktryną. Rzutuje to zarówno na sposób traktowania pacjentek, jak i na dostępność niezbędnych z punktu widzenia sprawiedliwości prokreacyjnej usług. Minister zdrowia z Bogiem na ustach nie przyzna refundacji na pigułki antykoncepcyjne (dziś refundowanych jest tylko kilka preparatów starego typu, w których wysoka zawartość hormonów powoduje dotkliwe skutki uboczne). Państwo, które o prawach kobiet dyskutuje nie z kobietami, lecz z katolickimi hierarchami, nie ułatwi dostępu do bezpiecznej i skutecznej antykoncepcji tzw. grupom wrażliwym, najbardziej potrzebującym wsparcia, czyli na przykład nastolatkom lub kobietom bezrobotnym. Ginekolog zasłaniający się klauzulą sumienia nie wypisze recepty na pigułkę „dzień po”, czyli elleOne, choć w ocenie Europejskiej Agencji Leków jest ona na tyle bezpieczna, że jej zażycie nie wymaga lekarskiego błogosławieństwa. A zatem możemy sobie być bezdzietne, pod warunkiem że mamy dużo czasu, zdrowia, pieniędzy, cierpliwości i samozaparcia. Jeżeli któregoś z tych zasobów nam brakuje, musimy zdać się na łut szczęścia. Państwo nie zagwarantuje nam prokreacyjnej sprawiedliwości, wprost przeciwnie – zafunduje nam fundamentaną, systemową niesprawiedliwość!
Brak dostępu do legalnej sterylizacji
Sprawę załatwiłaby sterylizacja – prosty, stosunkowo bezpieczny zabieg, gwarantujący stuprocentową skuteczność. Niestety, w Polsce jest on nielegalny. „Kto powoduje ciężki uszczerbek na zdrowiu w postaci pozbawienia człowieka wzroku, słuchu, mowy, zdolności płodzenia (…) podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10” – głosi artykuł 156 par. 1 pkt. 1 ustawy z 6 czerwca 1997 roku. Zapis ten sięga korzeniami do epoki przedwojennej i wydaje się żałośnie niewspółczesny, a jednak ani nasze władze, ani Polskie Towarzystwo Ginekologów i Położników nie widzą potrzeby jego nowelizacji, mimo że już w 1999 roku Polska podpisała europejską konwencję bioetyczną, która zakłada autonomię pacjenta i jego prawo do decydowania o sobie. Jednak według naszych włodarzy bajki o samostanowieniu mogą opowiada inni, gdzieś na „zdemoralizowanym” Zachodzie, ale nie u nas, w ojczyźnie świętego papieża i jego nieświętych akolitów! Tutaj o mojej płodności wciąż decyduje ustawodawca pod rękę z biskupem i ginekologiem. To oni są władni wypowiadać się w kwestiach mojego życia płciowego i moich życiowych wyborów, nie ja! Ja… No cóż! Jestem wystarczająco dojrzała, by podjąć decyzję o posiadaniu dziecka, lecz najwyraźniej zbyt trzpiotowata na bezdzietność. Polskie ustawodawstwo nie zakazuje wprost sterylizacji jako metody antykoncepcyjnej, lecz konia z rzędem tej, która znajdzie ginekologa wykonującego zabieg salpingotomii, czyli podwiązania jajowodów! Co nam zostaje? Sterylizacja pod osłoną nocy, czyli horrendalnie droga wycieczka na Słowację lub do Niemiec, ustawowo wymuszone krętactwa oraz przykra świadomość, że pragnienie nieposiadania dziecka traktowane jest przez polskie państwo jak przestępstwo.
Brak dostępu do bezpiecznej i legalnej aborcji
Czasami decyzja o bezdzietności zmusza nas do podjęcia jeszcze jednej decyzji – o poddaniu się aborcji, która dla jednych jest OK, dla innych stanowi tragedię, ale zawsze ratuje nas przed udręką niechcianego macierzyństwa. Postawiłam po tym przydługim zdaniu kropkę i już słyszę, jak niektórzy z was bajdurzą coś o odpowiedzialnym seksie, wstrzemięźliwości i szklance zimnej wody. No tośmy sobie pobajdurzyli, a teraz przerzućmy się z bajek na literaturę faktu! Żeby szklanka wody chroniła nas przed niechcianą ciążą, musielibyśmy wyrzec się naszej ludzkiej natury. Od zarania dziejów dwunożne istoty wyposażone w rozrastający się mózg kombinowały, jak by tu czerpać przyjemność z seksu, nie licząc się z konsekwencjami. W prowadzonej przez tysiąclecia rozgrywce między cielesnymi żądzami a wezwaniami do seksualnej abstynencji zwykle wygrywały żądze, abstynencja zaliczała spektakularne nokauty. Tak było, jest i będzie, dlatego w planowaniu rodziny bardziej niż modlitwa i szklanka wody przydaje się solidna edukacja seksualna, ta jednak w naszych szkołach leży i kwiczy. Od czasu do czasu, w takiej czy innej placówce, pojawi się przedmiot, który nie wiadomo dlaczego nazywa się „Przysposobienie do życia w rodzinie” (jakby seks był przywilejem wyłącznie małżonków), choć jego prawidłowa nazwa powinna brzmieć: „Przysposobienie do życia w katolickiej rodzinie”; od wielkiego dzwonu edukatorom seksualnym z Pontonu tu i ówdzie uda się przemycić garść wiedzy o jajeczkach, plemnikach i prezerwatywach… I tyle! Pozwalając na tę edukacyjną katastrofę, musimy przystać na to, że ludziom będą się przytrafiać niechciane ciąże. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze – nawet wiedza o rozmnażaniu na profesorskim poziomie nie chroni przed „wpadką”, zawsze coś może pójść nie tak. Dlatego ludzkość wymyśliła aborcję. Tam, gdzie kobiety traktuje się podmiotowo, jest ona prawnie dozwolona – a zatem nie w Polsce. Tutaj ważniejsze niż zdrowie i życie kobiety jest sumienie lekarza, widzimisię ministra zdrowia, strategia partii politycznej czy ideologiczne zacietrzewienie grupki proliferów. Jeżeli więc ktoś nie chce mieć dzieci, a zobaczył na teście dwie kreski, musi zapłacić za luksus życia po swojemu. Ile? Różne źrodła podają różne kwoty, ale przyjmijmy, że od 250 zł do kilku tysięcy. Możemy więc być sobie bezdzietne, pod warunkiem że mamy hajs, dostęp do internetu i wiedzę, gdzie szukać pomocy w razie „wpadki”.
Macierzyństwo jako powinność
„Co by było, gdyby kobieta odmówiła powinności macierzyńskiej. Nie byłoby nas tutaj” – ogłosił w ubiegłym roku Marek Jurek na posiedzeniu sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka (więcej o tym tutaj). Nie żartował. Nie cytował króla Ćwieczka ani osiemnastowiecznych moralizatorów. Z pełnym przekonaniem zasugerował (na szczęście nie wpisał tego jeszcze do konstytucji ani kodeksu karnego), że obowiązkiem każdej kobiety jest rodzenie dzieci. Machnęłabym ręką, gdyby chodziło o prywatny pogląd jakiegoś posła. Pewnie nie trzeba długo szukać, by znaleźć takich, którzy wierzą w sukkuby, raptilian i doktora Ziębę. Ludziom w głowach roją się różne fantazje, również posłom! Niestety, poselska wiara w „powinność macierzyńską” to coś więcej niż jednostkowa aberracja. Dorastamy i urządzamy sobie życie w społeczeństwie, które chętnie nas z tej powinności rozlicza. Czytałam niedawno „Czarnobylską modlitwę” Swietłany Aleksijewicz i trafiłam w niej na ciekawy fragment. Ludmiła, bohaterka jednego z pierwszych rozdziałów, próbuje dostać się do szpitala, gdzie leży jej napromieniowany mąż. Zdołała przedrzeć się do ordynatorki oddziału redioterapii i tłumaczy jej, że musi go zobaczyć. „Dzieci masz?” – pyta ordynator Guśkowa. „Mam” – kłamie Ludmiła. „Ile?” – pada kolejne pytanie. „Muszę powiedzieć, że dwoje – myśli zdesperowana kobieta – bo jak jedno, to też mnie nie puści”. Gdy doktor Guśkowa słyszy, że Ludmiła ma dwoje dzieci, chłopca i dziewczynkę, puszcza zdesperowaną żonę do męża, pozwalając, by ryzykowała życiem. Co mnie uderzyło w tym fragmencie? To, że Ludmiła doskonale wiedziała, czego się od niej oczekuje. Radziecka kobieta miała rodzić dzieci – co najmniej dwoje, w tym przynajmniej jednego chłopca. Dopiero gdy wypełniła ten obowiązek, mogła rozporządzać swoim życiem i zdrowiem według uznania. Nie zostało to zapisane w żadnym dokumencie, nie zobowiązywała do tego żadna ustawa, a mimo to wszyscy wiedzieli. I wszyscy się temu niepisanemu prawu podporządkowywali.

Poseł Jurek odwołał się właśnie do takiego społecznego konsensusu – macierzyństwo to powinność kobiety – pomylił jednak epoki. Konsensus ten był niepisanym prawem jeszcze pół wieku temu, lecz dziś dość powszechnie jest kwestionowany. Niestety, pogląd ten wciąż pokutuje w społeczeństwie i może nam odbierać swobodę decydowania o sobie. Zastanówmy się, jak często słyszymy, że kobieta powinna mieć dziecko. Że tylko macierzyństwo da jej prawdziwe spełnienie. Że rezygnując z niego, skazuje się na puste i jałowe życie… Takie teksty słyszymy nagminnie! Przez wiele lat. Oddychamy nimi. Załażą nam za skórę, trafiają do krwiobiegu, krążą w naszych żyłach… Wnikają w nas tak głęboko, że gdy przychodzi moment decyzji, nie umiemy przyznać sobie prawa do bezdzietności. Wydaje nam się, że coś tracimy, że sprzeciwiamy się czemuś potężniejszemu od nas. Że źle robimy. Czasami, żeby uciec przed rodzeniem, szukamy społecznie akceptowalnych wymówek: „Zajdę w ciążę po studiach; po doktoracie; po stażu; najpierw znajdę pracę; kupię mieszkanie; zbuduję dom; napiszę książkę… Wtedy urodzę”. A gdy kurczy nam się czas, gdy wybija czterdziestka, wpadamy w panikę. Fakt, że czujemy się zobowiązane do rodzenia, jest – w moim przekonaniu – przejawem wspomnianej na początku niesprawiedliwości reprodukcyjnej. W sytuacji społecznego przymusu bezdzietność staje się dostępna tylko dla tych kobiet, które mają w sobie gen buntu. Jest to tym bardziej niesprawiedliwe, że dziewczynki nadal przyuczane są do posłuszeństwa i uległości. Jeśli więc, gdy dorosną, chcą wieść życie bez dzieci, muszą nie tylko odrzucić społeczne oczekiwania, ale również wpajane im od dzieciństwa „dobre wychowanie”. Dziś co prawda jest lepiej niż wtedy, gdy chodziłam do szkoły podstawowej (lata temu!), ale wystarczy zajrzeć do zatwierdzanych przez MEN podręczników, by włos się zjeżył na głowie. Cnota uległości plasuje się w nich na bardzo wysokiej pozycji.
Brak wzorca bezdzietności
O tym, że macierzyństwo oficjalnie wychwalane jest pod niebiosa, nie trzeba nikogo przekonywać. Widać to gołym okiem. Wystarczy włączyć telewizor, zajrzeć na Fejsa lub Instagrama, pocztać któryś z blogów parentingowych albo posłuchać polityków. Gdybyśmy chciały upewnić się, że dobrze robimy, zachodząc w ciążę, bliscy i znajomi podsuną nam tysiące argumentów „za”. W wyborze bezdzietności nikt nas raczej nie będzie utwierdzał. Usłyszymy, że jesteśmy niedojrzałe, egoistyczne i krótkowzroczne. Postraszy się nas Życiowąpustką i Szklankąwody – zmorami, które ponoć masowo prześladują bezdzietnych. Na koniec dowiemy się, że jesteśmy tchórzliwe i słabe. Ktoś, w kim pragnienie bezdzietności nie odzywa się z mocą trąby jerychońskiej, może popaść w męczącą niepewność.
Ostatnio czytelniczka podesłała mi okładkę jednej z polonijnych gazet, a na niej tytuł jak wół: KOBIETY SĄ SŁABE, ALE MATKI SILNE! Stereotyp do kwadratu, bzdurny i niesprawiedliwy, niestety dość powszechny nawet w postępowych kręgach. Pozwolę sobie zacytować fragment mojej książki, żeby nie pisać drugi raz tego samego: „W świecie dowartościowanego i rozgadanego macierzyństwa oraz milczącej wstydliwie bezdzietności trudno o kulturę wyboru, o którą postulowała Ann Snitow. Ta znana amerykańska feministka uważała, że zapewnianie nam dostępu do antykoncepcji i aborcji to za mało, byśmy mogły swobodnie decydować o swojej płodności. Potrzebujemy jeszcze atrakcyjnych wzorców bezdzietnego życia, które mogłyby stanowić przeciwwagę dla wszędobylskiego i idealizowanego macierzyństwa”. Jeżeli takich wzorców nie będzie, trudno mówić o sprawiedliwości prokreacyjnej. Chodzenie pod prąd bywa trudne. Pamiętajmy jednak, że uleganie społecznym skryptom może okazać się jeszcze trudniejsze, gdy zdecydujemy się na dziecko wbrew swoim obawom i pragnieniom. Jeżeli podejrzewamy, że nie zostałyśmy powołane do roli matki, pozwólmy sobie cieszyć się życiem bez dzieci!

Ufff, to już koniec
Tym postulatem zakończę moje rozważania o bezdzietności jako przywileju, choć wiem, że nie wyczerpałam tematu. Wiele czynników, o których tutaj nie wspomniałam, może utrudniać nam ten wybór, m.in. szerząca się dezinformacja na temat bezdzietności (szkodzi zdrowiu, wpędza w depresję), przywiązanie do religii, brak finansowanych z publicznych środków stron internetowych, które w obiektywny sposób informowałyby o sposobach zapobiegania ciąży… Jeżeli przychodzi wam coś jeszcze do głowy, podzielcie się tym w komentarzach! Warto zdawać sobie sprawę z tego, co zagłusza nasze pragnienie nieposiadania dzieci (jeśli takie mamy) i co może nam uniemożliwić lub utrudnić jego realizację.
Rysunek: Tallulah Fontaine (ściągnięte z internetu), zdjęcia: archiwum domowe Bezdzietnika

88 komentarzy
Jako antykoncepcja – prezerwatywy są ogólnodostępne, względnie tanie. Kupuje je zazwyczaj mężczyzna, więc nie pada ostrzeżenie, że nie chce mieć dzieci, tylko że chce sobie poużywać;)
Niestety, nie każda kobieta może stosować prezerwatywy. Ja na przykład jestem uczulona na lateks – to rozwiązanie w moim przypadku zupełnie odpada. Poza tym prezerwatywy bywają zawodne, jeżeli nie chce się mieć dzieci – tak z całych sił – warto stosować podwójne zabezpieczenie. Poza tym gdyby prezerwatywa była tak doskonałym środkiem, pigułka nie zrobiłaby w świecie takiej rewolucji, jaką zrobiła.
A nielateksowe prezerwatywy?
Ja z kolei źle znoszę antykoncepcję hormonalną, stąd używam od lat prezerwatyw – zero dzieci 😉 kwestia umiejętności obsługi prezerwatyw.
Pigułka też nie jest idealna 🙂 a wydaje mi się że „wpadki gumkowe” to właśnie kwestia kupowania ich byle gdzie nie w aptece, złego zakładania itp.
Oczywiście, że środki antykoncepcyjne nie są idealne, dlatego pisałam o podwójnym zabezpieczeniu. Ważne po prostu, by mieć jak najszerszy wybór, bo każda z nas preferuje inny środek. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że najlepsza jest sterylizacja – jeśli kobieta na 200 procent wie, że nie chce dzieci.
Wybór jest powiedzmy szeroki, ale z dostępnością większości środków – już gorzej… O ile byłoby łatwiej, gdyby nie była utrudniana.
Tak – sterylizacja to zero-jedynkowa metoda ? póki co też u nas nieodstępna. A bez dzieci ma być łatwiej ;);)
A co myślicie o mocno i od dawna krytykowanym „stosunku przerywanym”? Od kiedy zaczęłam się interesować seksem i czytać o antykoncepcji wszędzie mówiono i pisano, że to ZŁO. Bo:
1. nie daje gwarancji, bo mężczyzna myśli, że wie, a jednak życie pokazuje, że nie wie kiedy przerwać,
2. Mężczyzna stosując ten rodzaj antykoncepcji jest wiecznie sfrustrowany, bo nie może „spokojnie dokończyć”,
3, Jeszcze przed wytryskiem wydobywa się z członka płyn, który zawiera plemniki i koniec.
I faktycznie uwierzyłam, że tak jest i nigdy przenigdy nie dam się namówić na ten rodzaj stosunku, choćby nie wiem jak bardzo przekonujący był mężczyzna. Jednak… Mój mąż kiedy się poznaliśmy i zaczęliśmy współżyć namawiał mnie do tej włąsnie metody, a ja zanim się zgodziłam zaczęlam szperać w internecie. Na forach znalazłam wiele kobiet, które stosują tę metodę od lat i są zadowolone. Niektóre panie pisały, że są już po 60-tce i ta metoda nigdy ich nie zawiodła. Kiedy świadomie zdecydowały się na dziecko, przestały ją stosować, po porodzie wróciły do niej i znów było ok. Zaczęłam podpytywać moje przyjaciółki, które przyznały, że boją się stosunku przerywanego bo ma on „czarny pr”, ale bywało, że „z braku laku” dały sie namówić swoim partnerom raz czy dwa i faktycznie nic sie nie stało. Dodatkowo znalazłam film, w którym pani ginekolog wypowiadała się własnie o tym stosunku pod względem naukowym i powiedziała, że jesli mężczyzna faktycznie zna siebie, to nie jest to zła metoda. A ten płyn, który się wydobywa wcześniej, faktycznie zawiera plemniki, ale one nie są w stanie nas zapłodnić, a jest on po to, aby dodać naturalnego poślizgu. Cóż, zaryzykowałam, (wymusiłam na mężu, jeszcze wtedy nie mężu, że jeśli zawiedzie, to będzie kombinował aborcję), i może mnie skrytykujecie, może pomyślicie, że to nie odpowiedzialne z mojej strony, ale od 7 lat kochamy sie bez zabezpieczenia stosując „stosunek przerywany” i wszystko ok. W dodatku jakość seksu mi sie polepszyła, bo tabletki źle na mnie działały, (raczej obniżały libido), prezerwatywy mnie uczulały. Pytałam męża czy czuje sie jakoś sfrustrowany, gorzej niż po stosunku np. z prezerwatywą, ale twierdzi że nei odczuwa różnicy. On nalegał na tę metodę wiec mu wierzę. Na pewno nie jest to sposób dla kazdego, bo każdy jest inny, ale zaczęłam sie zastanawiać czy ta cała nagonka na „stosunek przerywany” napedza nam strachu bo jest w tym jakiś cel? a jelsi nie wiadomo o co chcodzi, to chodzi o pieniądze. Na antykoncepcje wydaje sie jednak sporo pieniędzy, to jest olbrzymia gałąź biznesu wiec nie opłaca się ludzi namawiać, uczyć metod innych, naturalnych.
Ja jestem na nie. Stosunek przerywane nie jest wg mnie żadną metodą antykoncepcyjną. Osoby bardziej płodne lub te z zaburzeniami bardzo szybko się o tym przekonają.
Poza tym piszesz cyt. „1. nie daje gwarancji, bo mężczyzna myśli, że wie, a jednak życie pokazuje, że nie wie kiedy przerwać,
2. Mężczyzna stosując ten rodzaj antykoncepcji jest wiecznie sfrustrowany, bo nie może „spokojnie dokończyć”,
3, Jeszcze przed wytryskiem wydobywa się z członka płyn, który zawiera plemniki i koniec.” – punkt 1 – owszem wielu mężczyzn będzie mieć z tym problem, punkt 2 – mój byłby sfrustrowany, podejrzewam, że nie tylko on, punkt 3 – to „najprawdziwsza” prawda! A na koniec dodam, że znam mnóstwo par, które właśnie przy stosowaniu w/w „antykoncepcji” mają dzieci nieplanowane. Mało par ma po prostu w sobie tyle samokontroli, no i szczęścia 🙂 Poza tym wg mnie gdy ktoś ma wysokie libido ta forma na pewno się nie sprawdzi właśnie z powodu ilości współżyć, a co za tym idzie większego prawdopodobieństwa potknięcia (szczególnie będzie to dotyczyć osób bardzo płodnych i z zaburzeniami, tak jest takich sporo). Pozdrawiam
Ps. Co do antykoncepcji i pieniędzy – tak niestety jest to dobry sposób na biznes, ale dziś można zarabiać na wszystkim. Na dzieciach zarabiają jednak jeszcze więcej.
A może nie jesteście płodni (albo Ty albo mąż) i nie poczęlibyście dziecka nawet przy pełnym współżyciu?
Jestem bezdzietna i z wyboru i nie. Nie wiem jak to się określa. W każdym razie nie mam dzieci, choć mam 39 lat. Mój mąż 33. Przez 10 lat naszego małżowiństwa pochowaliśmy 3. rodziców: moich obojga i jego ojca. I czuję, jakbym była gorsza od swoich rówieśników…Ale już teraz, po chwili terapii psychologicznej, jednocześnie czuję się wolna. Bo przecież, co określa mnie jako kobietę? Etos faceta. Niestety. Kobieta jest samicą. Niechaj i tak będzie. Dopóki kobieta się na to zgadza. Dopóki sama chce być Hestią ogniska jej własnego domowego i tylko jej. Dopóki może. Dopóki uwielbia faceta, by został Ojcem JEJ dzieci, by Ona była matka ICH dzieci. Dopóki. Ale teraz to już lekko piję w stronę tych rozwiedzionych;) Wracam więc na tor mojego małżowińswa… jak wspomniałam jestem szczęśliwą mężatką i BBB – Babą Bez Bachora:D A tak se walnęłam – niepolitycznie;) Odkryłam – uwielbiam być niepolityczna:D
Wybór jest powiedzmy szeroki, ale z dostępnością większości środków – już gorzej… O ile byłoby łatwiej, gdyby nie była utrudniana.
Tak – sterylizacja to zero-jedynkowa metoda 🙂 póki co też u nas nieodstępna. A bez dzieci ma być łatwiej ;);)
O sterylizacji jako metodzie antykoncepcji rozmawiałam kiedyś po przyjacielsku z wieloletnią ginekolog, praktykującą w powiatowym szpitalu. Wypowiadała swoje prywatne zdanie i jest z natury liberalna w podejściu do tematów nazwijmy je drażliwych społecznie (aborcja itp). Tajemnicą poliszynela jest to, że istnieje tzw. podziemie sterylizacyjne (po sąsiedzku z podziemiem aborcyjnym- ono dalej istnieje i ma się całkiem dobrze). „Zaprzyjaźniony” ginekolog wykonuje zabieg sterylizacji np. podczas porodu lub innego operacyjnego zabiegu ginekologicznego i nie wpisuje tego w papiery. Obecni przy zabiegu na chwile odwracają oczy. Z relacji mojej rozmówczyni takie zabiegi wykonują lekarze „jadący po bandzie” i robią to w przypadku kobiet wielodzietnych, które więcej rodzić już nie chcą lub nie mogą z uwagi na możliwe powikłania. Dlaczego po bandzie zapytałam? Odpowiedziała mi pytaniem: co się stanie, gdy pani się odwidzi, znajdzie innego partnera, któremu będzie chciała urodzić dziecko 5 z kolei dziecko, albo nici zabiegowe się rozpuszczą, albo lekarz spartaczy zabieg i pani zgłosi reklamację bo jednak w ciąże zajdzie? O samej ocenie sterylizacji jako metodzie antykoncepcji wypowiadała się z ostrożnie twierdząc, że widziała już przez 30 lat swojej praktyki zawodowej zbyt wiele bezdzietnic, które zmieniły zdanie np. po zmianie okoliczności życiowych (pojawił się partner, któremu zechciały urodzić dziecko, podjęcie walki z depresją, terapia, stabilizacja finansowa itp). Stwierdziła, że jako ginekolog jest przeciwna wykonywaniu tego zabiegu każdej „chętnej z ulicy” bo ona nie nie ma kompetencji, wiedzy i możliwości do stwierdzenia że 100 % pewnością czy kobieta chętna na zabieg to bezdzietnica na 200% czy osoba, która za jakiś czas, po zmianie okoliczności życiowych, będzie chciała mieć dziecko. Porównała wykonanie sterylizacji pacjentce, w której przypadku istnieje chociaż procent szansy na zmianę podejścia do dzietności do wydłubania oczu na własne życzenie. Oceniła dobrze wykonaną sterylizację jako nieodwracalną, w odróżnieniu od wazektomii, jako zabiegu którego skutki da się odwrócić.
Przyznałam mojej rozmówczyni rację, choć jestem zadeklarowaną bezdzietnicą i wkurzam się gdy ktoś chce podejmować za mnie decyzje. Przyszło mi do głowy, że taki zabieg mógłby zostać wykonany po opinii psychologa (skoro ginekolog nie ma kompetencji do oceny pobudek pacjentki). Zaraz jednak pojawia się obawa, że w naszym kraju chętne na sterylizację badałby wyłączenie psycholog działający „przy parafii” i w praktyce byłoby jak z legalną aborcją…
Jestem ciekawa zdania innych Czytelniczek bloga na te temat.
Powiem szczerze, że o ile mój światopogląd jest, powiedziałabym nawet, skrajnie liberalny to w przypadku sterylizacji mam pewien kłopot, żeby jednoznacznie się określić jako zwolennik tej metody dostępnej na życzenie. Jakby nie patrzeć, jest to w pewien sposób okaleczenie się na całe życie – jest to odebranie sobie zdolności płodzenia. Nie stawiałbym tego w jednej linii z wydłubaniem sobie oczu, bo oczy są nam potrzebne do codziennego życia i korzystamy z nich 24/7, bez oczu nie bylibyśmy w stanie wykonywać większości czynności, uprawiać większości sportów i wykonywać większości zawodów. Z kolei ze zdolności płodzenia korzystamy, że tak to ujmę „na życzenie”, raz, dwa, trzy razy w życiu. Brak możliwości spłodzenia potomka, owszem, powoduje u wielu emocjonalne problemy, depresję itd. ale nie utrudnia wykonywania pracy, uprawiania sportów i życia na co dzień w sensie takim stricte fizycznym. Jednak nadal inwazyjność i nieodwracalność tego zabiegu powoduje, że mam mieszane uczucia. Znakomita większość kobiet, które mam w swoim otoczeniu i które kiedyś deklarowały bezdzietność po grób, dziś są matkami. Bo, tak jak piszesz, spotkały partnerów, którym chciały urodzić dziecko, albo po prostu poczuły instynkt rodzicielski. Inaczej jeszcze się sprawy mają w przypad