Ten wpis dedykuję wszystkim tym, którzy nie potrafią przejść obok bezdzietnika, nie rzuciwszy z pogardą: „Nie miej sobie dzieci, ale nie dorabiaj do tego ideologii”. O jaką ideologię chodzi? Co to znaczy „dorabiać ideologię”? I przede wszystkim – dlaczego akurat bezdzietność ma być od niej wolna, podczas gdy do rodzicielstwa przez stulecia dorabiano najbardziej fantastyczne ideologie? Żeby odpowiedzieć na te pytania, muszę najpierw popatrzeć w słońce…
Wiele lat temu, jeszcze na studiach, przeczytałam o pewnym indiańskim plemieniu, które czuło się odpowiedzialne za wszystkie zmierzchy i poranki świata. Indianie wierzyli, że są dziećmi Słońca i codziennie swoimi modlitwami muszą pomagać mu wznieść się ponad horyzont i spokojnie wędrować po niebie. Cóż za fantastyczna motywacja do życia! Jeśli nie wstaniesz o świcie i nie pomodlisz się, świat przestanie istnieć – taka groźba, potraktowana poważnie, poderwie na nogi największego śpiocha i najbardziej zblazowanego dekadenta. Trochę zazdrościłam tym indiańskim rannym ptaszkom, bo mnie w tamtych czasach mało co podrywało na nogi przed południem, a słowo „odpowiedzialność” znałam jedynie z literatury. Nie miałam nawet kota, którego mogłabym zamorzyć głodem! Niby fajnie, ale nie do końca. Moje życie przybrało kształt trójkąta, którego wierzchołki wyznaczały uczelnia, stancja i modne wówczas we Wrocławiu Kazamaty. Gdybym któregoś dnia nie wstała, nad tym trójkątem nadal wschodziłoby słońce, profesor Miodek z gawędziarską swadą tłumaczyłby kolejnym pierwszoroczniakom, czym jest lingwistyka strukturalna, pani Ziuta przyjęłaby nowego lokatora, a w Kazamatach wciąż katowano by moje ulubione kawałki. Istnienie świata w żaden sposób nie wiązało się z moim istnieniem. Nie byłam jego częścią. Mogłabym się na świat wypiąć, a on by tego nawet nie zauważył. Uświadomili mi to właśnie amerykańscy Indianie, bohaterowie jakiegoś obowiązkowego na polonistyce, choć dziś już zapomnianego eseju.
Zabolało.
Jak się dorabia ideologię?
Wszyscy pragniemy, by nasze życie było wartościowe, sensowne i ważne, dlatego potrzebujemy mitów i symboli. Tak jak amerykańscy Indianie chcemy mieć poczucie, że jesteśmy aktorami uniwersalnego dramatu; że spoczywa na nas boska odpowiedzialność za świat, a choćby za ten kawałek świata, który potrafimy zakreślić wyobraźnią. To dlatego do swoich życiowych wyborów „dorabiamy ideologię”, czyli – mówiąc po ludzku – nadajemy im uniwersalne znaczenie.
Świat nie przetrwa, jeśli nie pomodlę się do Słońca.
Przyszłość nie nadejdzie, jeśli nie zrezygnuję z plastiku.
Społeczeństwo się rozpadnie, jeżeli zgodzę się na małżeństwa gejów.
Ludzkość wymrze, jeśli nie będę mieć dzieci.
Oto przykłady myślenia symbolicznego. Myślenia, które od zarania dziejów pomaga nam wierzyć, że nasze życie to coś więcej niż kaprys ślepego losu, a to, co robimy i o co walczymy, ma znaczenie nie tylko dla nas, ale także dla innych. Dla potomnych.
Dorabianie ideologii do macierzyństwa
Doskonałą ilustracją takiego myślenia jest opublikowany niedawno w „Wysokich Obcasach” felieton Ewy Kalety. Autorka przed czterema miesiącami urodziła dziecko i na przekór rozmaitym katastrofistom chce nadać temu wydarzeniu uniwersalną wartość. Pisze między innymi: „Więc oto mam w domu, na brzoskwiniowym kocyku, największe zaprzeczenie śmierci. Odpornego na wirusa symbolicznego wojownika o nowe, o więcej, o dostęp do świata (…)”. Macierzyństwo nazywa „ocaleniem”, a dziecko nieco egzaltowanie „emanacją życia” i „rozpędzoną maszyną rozwoju”.
Dlaczego rodzimy dzieci – PYTA – kiedy świat tak bardzo nas niepokoi, kiedy płonie Australia, topnieją lodowce i kiedy szerzy się epidemia? Z tego samego powodu, dlaczego we Włoszech objętych kwarantanną na balkonach ludzie tańczą i śpiewają. To właśnie chcemy robić, to nam przychodzi do głowy – w obliczu zwątpienia i strachu szukamy nadziei i żyjemy na przekór.
Komentarz narzuca się sam: Ewa Kaleta urodziła dziecko i dorabia do tego ideologię. Nie wystarczy jej lakoniczna konstatacja „mam dziecko, bo mam”, „urodziłam, bo urodziłam”. Nie! Jak każdy człowiek szuka dla swojego wyboru sensów i znaczeń – zarówno tych indywidualnych, jak i wspólnotowych. Pisze: „Niemowlęta do dobra wiadomość dla świata”. Miejscami można by podejrzewać nawet, że broni swojego wyboru przed jakimś enigmatycznym trybunałem:
Kiedy zaczęłam czytać pierwsze doniesienia o koronawirusie, było już pewnie po północy, początek lutego, jedna z moich bezsennych nocy. Spojrzałam na śpiącego obok mnie męża i czteromiesięczną córkę. Przypomniały mi się słowa moich koleżanek i znajomych – nie mam dzieci przez kryzys klimatyczny, nie mam dzieci, bo system jest niewydolny, nie mam dzieci, bo świat chyli się ku upadkowi, a ludzi jest już i tak dużo, nie mam dzieci, bo chcę zajmować się sobą. Wtedy w myślach przyznałam im rację (…)
Ostatecznie jednak w felietonie Kalety życie triumfuje nad śmiercią, a macierzyństwo nad bezdzietnością. Słońce po raz kolejny pojawia się nad horyzontem…
Bezdzietność bez znaczenia?
Rodzice od stuleci „dorabiają ideologię” do swojego rodzicielstwa, czyli po prostu zastanawiają się, dlaczego posiadanie dzieci jest dla nich ważne. Jedni chcą mieć kogoś do kochania, inni widzą w tym szansę na symboliczną nieśmiertelność. Miłośnicy rodzinnych sag dziećmi regulują dług zaciągnięty u przodków, a piewcy narodu wierzą, że swoją progeniturą budują „wielką, katolicką Polskę”. Dzieci rodzi się z lęku przed samotnością albo z tęsknoty za przynależnością. Przede wszystkim jednak dzieci symbolizują nadzieję. Są jak powerbanki podłączone do rodzicielskich ciał i umysłów – dają energię do walki o nowy dzień i lepsze jutro. Gdyby poszperać w tekstach kultury, znalazłoby się jeszcze wiele sensów i znaczeń przypisywanych macierzyństwu i ojcostwu. Co innego bezdzietność! Ta nie ma prawa upominać się o jakiekolwiek znaczenie. „Nie chcesz mieć dzieci, to ich nie miej – słyszę co krok – ale nie dorabiaj do tego ideologii”. Co w swobodnym tłumaczeniu znaczy: „Bądź sobie bezdzietna, ale twój wybór jest bezsensowny i bezwartościowy”. Gdybym chciała uzasadnić swą bezdzietność w oczach społeczeństwa, musiałabym wstąpić do klasztoru, a to – zgodzicie się ze mną – dość sadystyczny wymóg.
Nie dziwcie się więc, gdy przeglądając współczesną prasę dla kobiet, znajdziecie po raz tysięczny „dorabianie ideologii” do macierzyństwa, ale żadnego „dorabiania ideologii” do bezdzietności. Zgodnie z niepisaną zasadą kobiecych redakcji, o życiu bez dzieci, owszem, można rozwodzić się, ale pod żadnym pozorem nie wolno nadawać mu uniwersalnego znaczenia. Dlatego nie znajdziecie w „Wysokich Obcasach” felietonu o tym, jak wzniosłą i szlachetną rzeczą jest niepowoływanie dziecka na świat, choć w oczach wielu to właśnie odmowa macierzyństwa ma głęboki społeczny sens. Nie przeczytacie w „Vogue’u”, że „człowiek jest wszędzie i że już nie ma miejsca na świerszcze”*. Nie natkniecie się w „Pani” na artykuł o wyzwalającej mocy bezdzietności, mimo że dla całkiem sporej grupy kobiet to właśnie bezdzietność jest warunkiem pełnego i wartościowego życia. Poczytacie co najwyżej o tym, że każdy ma prawo żyć po swojemu, wszystkie powinnyśmy się szanować i nikt nikomu nie ma prawa zaglądać pod kołdrę. Tak wygląda akceptacja bezdzietności po polsku. Bądź sobie bezdzietna, ALE to dziwaczne i nic nie znaczy. Polskie media traktują bezdzietnice jak obce i dziwne plemię, które trzeba pokazać publiczności, tak jak pokazuje się kobiety z Padaung z długaśnymi szyjami albo Chinki o skrępowanych stopach. Patrzcie i dziwcie się, kochane matki Polki, a jak się już napatrzycie i nadziwicie, to wrócimy do rytualnego uświęcania macierzyństwa, bo tego wszak od nas oczekujecie – umacniania w wierze, że tylko dzięki wam, matkom, słońce codziennie wschodzi i zachodzi, światło wygrywa z ciemnością, a niewinne dziecię z pandemią. Czego najlepszą ilustracją jest okładka najnowszego „ Vogue’a”

Dlatego – moje kochane bezdzietnice – dorabiajcie do swojego wyboru ideologię! Dorabiajcie ją radośnie i w hurtowych ilościach. Doszukujcie się w nim indywidualnych i społecznych znaczeń. Pomyślcie, że dzięki waszemu wyborowi znów wstanie słońce. Jeśli społeczeństwo rzeczywiście jest gotowe zaakceptować bezdzietność jako pełnoprawny wybór, nie może odmówić mu sensu i znaczenia. No, nie może!
Szach-mat!
Zdjęcia: https://pixabay.com, materiały prasowe
* Cytat za: Albert Camus


98 komentarzy
Uwielbiam Cię czytać 🙂 Zawsze tęsknię za Twoimi słowami. Ok, to teraz idę dorobić sobie jakąś ideologię do swojej bezdzietności 😀
Bardzo miło mi to czytać. Dzięki wielkie. Niech ci ideologia bezdzietności lekką i przyjemną będzie??
Witam,
dla mnie to, że nie mam dzieci jest tak samo 'naturalne’ i 'wytłumaczalne’ jak to, że większość społeczeństwa ma dzieci. Nigdy nie chciałam mieć potomstwa, mam instynkt macierzyński, chętnie opiekuję się siostrzeńcami i dzieciakami koleżanek. Myślę, że mam dosyć dobry z nimi kontakt. Jestem szczęśliwa. I to jest dla niektórych fenomen. ? „Nie chce mieć dzieci, a ma instynkt macierzyński – przecież to się wyklucza!” Miesza to ludziom w głowach. Taka się urodziłam. ?
Jestem (i pewnie nie tylko ja) wyjątkiem…tylko od jakiej reguły?
Pozdrawiam.
W świecie nauki istnienie tzw. instynktu macierzyńskiego jest podważane, zatem mieścisz się w normie. 😉
Jestem chyba podobnym wyjatkiem 🙂 Nie wiem, czy mozna to nazwac instynjtem macierzynskim, ale z cala pewnoscia lubie dzieci, lubie sie nimi zajmowac, uwazam ze sa slodkie i urocze (jak nie rycza 😀 ), ale za nic w swiecie nie chcialabym miec wlasnych 😛 takiej potrzeby nie czuje zupelnie, ale zabawa z dziecmi znajomych jak najbardziej 🙂
Piękny tekst, jak zawsze przeczytałam z przyjemnością. Patosu z felietonu można Ewy Kalety można usprawiedliwić najsilniejszym instynktem na świecie podsycanym przez hormony i wiem o czym mówię. Świeża mama czuje się tak, jakby ona pierwsza urodziła dziecko i był to cud nadprzyrodzony. Jakoś trzeba sobie uwznioślić 9 koszmarnych miesięcy, tortury nieprzespanych nocy i brak czasu na prysznic. Poczucie lepszości nad innymi wynika z totalnej zmiany w życiu. Ona jeszcze nie wie, że to zmiana na gorsze, że zanim naprawdę odzyska swoje życie minie ponad 20 lat. Ale tak naprawdę nigdy nie odzyska.
Ideologia dla bezdzietnych, albo takich, które są wtórnie bezdzietne na pewno jest pozbawiona patosu i ckliwości, za to pełno w niej wolności, radości i czasu dla siebie. Bezdzietne nigdy nie poczują goryczy odsunięcia i niewdzięczności. Bo to co najpiękniejsze trwa chwilę, a pamięta się całe życie, czas, kiedy mały człowiek widzi w nas boga. Bardzo krótka chwila i za wysoka cena.
Też sobie pomyślałam, że za tym patosem i ckliwością pewnie stoją hormony, dlatego – choć to tekst z WO, które jednak powinny trzymać poziom – przymknęła na niego oko. Choć fakt, że opiniotwórcza kobieca Gazeta z upodobaniem puszcza takie teksty, napawa mnie smutkiem.
„Tak wygląda akceptacja bezdzietności po polsku” – w zasadzie tak wygląda „akceptacja”(ekhm, ekhm) czegokolwiek po polsku. Czegokolwiek, co choć trochę odbiega od skostniałej normy. O LGBT też ciągle słychać „no niech już sobie będą, ale PO CO SIĘ Z TYM AFISZOWAĆ”. I zawsze się tym afiszowaniem dostanie po głowie. Zastanawiam się, z czego to wynika. Skąd ten strach?
Fakt, takie postawy plenią się u nas jak chwasty. Skąd się biorą? Z upodobania do społecznej urawniłowki? Z niepewności? Kompleksów? Strachu przed innością?
Ogólnie mówiąc, z katolickiego imprintingu i zaściankowości. Nie zapominajmy, że niegdyś większą część społeczeństwa stanowili niewykształceni chłopi, poddani Kościołowi katolickiemu.
Pięknie powiedziane (a raczej: napisane). Niestety, macierzyństwo gloryfikuje się wniebogłosy. Wszędzie słyszy się o głębokim sensie tegoż. A bezdzietni? Cóż… Jakaś tam fanaberia, dziwne widzimisię. Ileż to razy usłyszałam od kogoś, że nie potrafi pojąć takiego podejścia do życia: „No jak to, nie chcesz mieć dzieci? Prawie 30 lat masz i nie masz instynktu? Nie rozumiem…”. Może nie warto dorabiać ideologii do żadnej z decyzji: ani tej o macierzyństwie, ani tej o bezdzietności. Cudownie byłoby, gdyby ludzie rozumieli, że to po prostu wybór danego człowieka albo okoliczności, które sprawiły, że akurat tak ma. I wówczas nikt nie musiałby się tłumaczyć czy szukać głębszych powodów :).
To prawda, macierzynstwo obroslo juz w cala mitologie nawet 🙂 Nie neguje tego absolutnie, szanuje cudze wybory dopoki ten szacunek jest zwrotny. Mam dopiero co prawda 26 lat, wiec potencjalnie mam jeszcze kilkanascie lat na podjecie decyzji o dziecku, ale nie widze tego kompletnie juz teraz. Mam wrazenie, ze ludzie, ktorzy chca posiadac dziecko, spelniaja bardzo czesto swoje bardzo egoistyczne pobudki. Bo ja wtedy stane sie matka, pelnowartosciowa kobieta, bo bede inaczej postrzegana, bo ludzie beda bardziej mnie doceniac, bo rodzina sie w koncu odczepi.. Jest to przykre, dlatego, ze pojawia sie ten maly czlowiek i niestety bardzo czesto ludzie nie sa kompletnie przygotowani na wychowanie dziecka. Trzeba byc bardzo spojnym wewnetrznie i przede wszystkim spelnionym zyciowo, zeby miec cos madrego do przekazania dziecku. I tu pojawia sie problem, bo okazuje sie, ze dziecko samo w sobie jest po prostu uwienczeniem tzw. doroslosci. Bo mam kredyt, mam dom, mam prace, partnera, to dziecko bedzie zwienczeniem i wisienka na torcie mojego doroslego zycia, teraz to juz w ogole pokaze, jaki samodzielny i dorosly i samodzielny jestem. Okej, nie wtracam sie w decyzje innych ludzi, obserwuje sobie tylko moich znajomych, ktorzy zostali rodzicami i niestety sa to smutne obserwacje. Nie wiem czy jestem w stanie podac choc jedna matke, ktora jest w 100 % usatysfakcjonowana. Raczej czesciej pojawia sie obraz srustrowanej kobiety, ktora w ciagu sekundy zostala pozbawiona wolnego czasu, realizacji wlasnych celow, snu itp. Nie mowiac jaki wplyw ma to na zwiazek z partnerem. Kiedys uslyszalam albo przeczytalam bardzo madra rzecz. Na pierwszym miejscu jestes zona/mezem/partnerem a dopiero pozniej rodzicem. Bo zeby na swiecie pojawilo sie dziecko, potrzebny jest dobry, trwaly, silny zwiazek, jako budulec rodziny. I dlaczego najpierw mamy byc meczennicami w trudzie macierzynstwa, a dopiero pozniej przyjaciolka, kochanka, partnerka? To jest uderzajace i o tym sie nie mowi, jak wiele zwiazkow rozpada sie albo przynajmniej jest powaznie nadszarpnietych, przez macierzysntwo. Nieprzespane noce, braku czasu dla siebie plus oczywiste zmiany w ciele kobiety, w jej psychice, jak to wplywa na partnerstwo. Nie mam zamiaru nikogo naklaniac do takich czy innych decyzji, sama nie wiem, co moje zycie przyniesie i jak bede myslec za 2 czy 5 lat. Ale na pewno jestem 100% przekonana, ze w calym przekazie dotyczacym macierzynstwa powinna nastapic konkretna zmiana. Mianowicie, niech te macierzynstwo w koncu zostanie realnie przedstawione. Rozumiem, ze myslenie kobiety sie zmienia, ze doswidacza pieknych, niesamowitych emocji, ktorych nigdy wczesniej nie doswiadczala. Ze pojawia sie poczucie obowiazku, odpowiedzialnosci, ze przestawia sie myslenie. Natomiast chce widziec w mainstreamowych mediach relacje z tego, jak faktycznie wyglada to wychowywanie malego czlowieka. Jak wyglada polog, jak wyglada bol, jak kobiety nie moga sobie radzic ze skarjnymi emocjami. Jak siada psychika. Dopiero kiedy w swiadomosci ludzi zacznie funkcjonowac pelny obraz tego, jak faktycznie wyglada misja: macierzynstwo, mozemy powiedziec o swiadomych wyborach za lub przeciw. Bo jak narzie onserwuje ludzi, kobiety zwlaszcza, ktore dokonuja naprawde wywazonych i madrych wyborow o bezdzietnosci na rzecz kobiet, ktore w hura oprymizem wpakowaly sie w sytuacje posiadania dzieci bez odwrotu.
A widzisz w mainstreamie niezafałszowany obraz ciała, kariery czy czegokolwiek innego? Media przede wszystkim nakręcają nasz konsumpcjonizm, ich misją nie jest głoszenie prawdy o życiu 😀 Bo co by było, gdyby okazało się, że aby być rodzicem, zamiast designerskich ubranek i gadżetów oraz uroczego pokoiku, w którym będzie słodko drzemać Twoja idealna latorośl, potrzebujesz zdrowego rozsądku, poczucia własnej wartości i zdrowego egoizmu? Ludzie dają się wkręcać aż miło, tak fajnie ogląda się sielskie obrazki, doklejając do nich w wyobraźni samego siebie. Trudno mi było uwierzyć, że istnieją dorosłe kobiety, które liczą na to, że macierzyństwo wygląda tak jak na zdjęciach na Insta, a jednak spotkałam już wiele takich na swojej drodze i każda z nich zaliczyła bardzo twarde lądowanie po konfrontacji z rzeczywistością, wiele ucierpiało z powodu depresji połączonej z przekonaniem, że nie kochają swoich dzieci. Mądrze napisane o tym, że trzeba być samemu spójnym wewnętrznie, żeby móc wychowywać dziecko. Ja dodam jeszcze, że trzeba najpierw samemu dużo dostać od swojej rodziny, żeby potem coś z siebie dać (w sensie emocjonalnym). Wiara w to, że dziecko załata nasze dziury emocjonalne jest nie tylko naiwna, ale wręcz niebezpieczna, bo grozi sprowadzeniem na ten świat człowieka, którego będzie się krzywdzić, czasem w najlepszej intencji. Podobnie ze związkiem – liczenie na to, że dziecko naprawi związek, to jak nadzieja na śnieg w środku lata. Zdecydowanie wyidealizowany obraz macierzyństwa robi ludziom dużo złego. No ale w takim świecie żyjemy. Chcemy oglądać to, co ładne, estetyczne, co sprowadza życie do poziomu obrazka z katalogu lalek Barbie. A potem mamy wielkie rozczarowanie, gdy okazuje się, że istnieją ból, smutek, cierpienie, choroba, starość, bieda. I że tak też jest dobrze, bo to też jest życie.
Jak cudnie Cię czytać! Tekst w punkt! Nagminna sytuacja „ach mam dziecko bo co innego w życiu po nas pozostanie?” Reakcja świata: brawo brawo
„Nie chcę mieć dzieci na świecie jest za dużo ludzi a mnie leży na sercu dobro planety” reakcja świata: co za bzdury?! Jesteś wygodna po prostu.
Przyznam że mnie akurat koło miotły lata czy ktoś uważa że wolno mi dorabiać ideologię czy nie- bo jak zawsze, robie jak uważam 😀
Pozdrawiam ciepło Edyto i wszystkie Bezdzietnice i Bezdzietników (Panowie jesteście tu jacyś?)
Hej, Kama! Dzięki:) Mnie to też lata koło miotły (kradnę powiedzenie), ale fajniej żyłoby mi się w świecie, gdzie zarówno macierzyństwu, jak i bezdzietności można głośno nadać sens, podzielić się refleksją o ich znaczeniu. To, co dziś mamy, to oczywiście o wiele więcej niż miały nasze matki i babki, ale z prawdziwą akceptacją bezdzietności ma niewiele wspólnego. To raczej taka wymuszona i obwarowana warunkami chłodna tolerancja:)
Pozdrawiam!
No to, dziewczyny, do dzieła! 😀
Moja bezdzietność ma ważny i wzniosły cel. Nie rozmnażam się, ponieważ zajmuję czymś innym.
Obecnie opiekuję się bliską osobą chorą. W przyszłości planuję, poza własnymi pasjami, prowadzić działalność dla ludzi, niesienie miłości.
Nie mam zielonego pojęcia, co to będzie. Wiem tylko, że poddaję się Bogu i to zawsze było moim ogromnym pragnieniem, CELEM ŻYCIA: bliskie poznanie Jezusa oraz współpraca z Duchem Świętym – działanie według woli Bożej.
Co to mogłoby być? Nie wiem! Chciałabym, żeby to było coś takiego, jak bycie wśród ludzi i sama obecność Boga sprawiałaby, że ludzie nagle odzyskiwaliby pełnię zdrowia fizycznego i psychicznego. Nawracaliby się i Duch Święty sprawiałby, że ich serca stawałyby się dobre. Wszyscy dotknięci zostaliby zbawieni.
Taaa… To wydaje się niemożliwe. Utopia… Może to na zawsze pozostanie tylko marzeniem.
Ale będę sobie marzyć i dążyć do marzeń. Jeśli się spełnią – na pewno absolutnie inaczej niż sobie to wyobrażam.
Jeśli się nie spełnią – trudno.
Jedna póki człowiek marzy, póty ma nadzieję. A nadzieja daje siłę do życia.
Masz rację, wszystko w naszych bezdzietnych rękach! Jeśli będziemy dorabiać ideologie i mówić o tym to reszta świata w końcu się z tym pogodzi. No bo jakie ma wyjście? Z roku na rok bezdzietnych z wyboru przybywa- przynajmniej ja tak obserwuję swoje otoczenie, co oznacza, że nasz głos rośnie w siłę. Fantastycznego dnia 😉
Bardzo dobre wyzwanie, Ari! W sumie sama jestem ciekawa, jakie sensy i znaczenia przypisujecie swojej bezdzietności. Czym ona dla was jest? Z ciekawością czekam na kolejne wpisy:) Pozdrawiam i życzę spełnienia marzeń!
Czym jest dla mnie bezdzietność? Szansą na własne życie. Formą samorealizacji. Możliwością spełnienia w czymś innym. Świadomie podjętą w wieku lat 30 decyzją, której nie żałowałam ani chwili (a mam już blisko 70-tkę). Nie jestem samotna, nie jestem nieszczęśliwa, nie mam poczucia bezsensu i wypalenia. I zupełnie mnie nie interesuje, czy pozostawię jakiś ślad po sobie. Zresztą po co? Żyjmy…
I o to chodzi! Brawo!
Oj, aj, ale mi się podoba ten wpis, Chwatka Niematko. Serio, nigdy nie dorabiałam ideologii do swojej bezdzietności, po prostu macierzyństwo do mnie nie przemówiło, a natura pozbawiła instynktu. Ale masz rację, będę uwznioślać swój wybór. Dzięki mnie planeta będzie odrobinę (bo już nie przesadzajmy z tą megalomanią) mniej zanieczyszczona, a świerszcze (i sarny) zyskają ciut więcej miejsca.
No powiem Ci, że czuję ekstra.
A tak już całkiem na poważnie, świetnie o mitach, symbolach, ideologiach (w tym religii) nadających naszemu życiu sens, którego tak rozpaczliwie szukamy, pisze Yuval Noah Harari we wszystkich swoich książkach. Tak wyewoluowaliśmy. W sumie nie nasza wina… Chyba.